Mity Łowieckie

Temat był już wałkowany wielokrotnie, nie tylko na naszej stronie, jak i w zakładce Mity łowieckie & Okrucieństwo, można znaleźć rozprawę o dowolnym z nich. Jednak wychodząc naprzeciw potrzebom czytelników postanowiliśmy opracować krótką notatkę, która pozwoli poruszać się po świecie myśliwskiej hipokryzji i celnie zbijać wyuczone bzdury, którymi próbują zewsząd raczyć nie zorientowanych.

Mit 1. Myśliwy dokarmia zwierzęta, by pomóc im przetrwać zimę.  Czyli dlaczego, żaden z tych ”nawiedzonych zielonych pseudo-obrońców zwierząt” , nie pójdzie w zimę do paśnika dokarmiać?!

To rzeczywiście, jeden z ulubionych myśliwskich argumentów. Piękny frazes i jeszcze piękniej brzmi, dla kogoś, kto z pracą myśliwych nie miał do czynienia.  Jest tu jednak drugie dno, skrzętnie skrywane, o którym już żaden z myśliwych Wam nie powie. Dokarmia się nie po to, by „pomóc przetrwać zimę”. Lecz co najwyżej,by pomóc sobie. Krótko, chodzi o potencjalnie zmarnowaną dziczyznę. Myśliwi „litościwie pomaga”, a przyszłym sezonie do podtuczonego przez siebie zwierzęcia już bezlitośnie strzela. Dokarmianie jest zwierzętom do niczego nie potrzebne. Przez tysiące lat, podczas występowania znacznie bardziej surowych warunków zimowych, poradziły sobie bez niego. Polski Związek Łowiecki, istnieje ponad 90 lat, a dokarmianie prowadzi się od około 70. Można choćby na tej podstawie,odpowiedzieć sobie, jak bardzo ono zwierzętom jest „potrzebne”. Zwierzęta dokarmianie płodami rolnymi uczą się ich smaku, a następnie jeśli podobnej karmy im w paśniku zabraknie, szukają jej na polach. Dokarmianie nie pozostaje bez wpływu, na zwiększoną populację zwierząt, co jest sprzeczne z interesami np. rolników, ale już bardzo mile widziane przez myśliwych. Taka karma jak buraki, ziemniaki, czy marchew lub kukurydza są niewłaściwym dla leśnych zwierząt pokarmem, i nigdy nie powinny się w lesie znaleźć. Zaś surowa zima, to jeden z podstawowych czynników selekcyjnych pogłowia zwierząt, a „pomaganie im przetrwać” do następnego sezonu, przy średniej temperaturze +5 do -1°C, przynosi więcej szkody niż pożytku. Dlatego z uwagi na powyższe, ponad 30 organizacji ekologicznych zrzeszonych w koalicji  Niech Żyją!  są za całkowitym zakazem dokarmiania większych zwierząt łownych. Więcej o szkodliwym wpływie dokarmiania poruszone było tutaj. Dokarmianie – bezsens, czy sens życia myśliwych? 

Niekorzystne skutki dokarmiania:

– Zaburzenie naturalnej selekcji, w wyniku przeżywania osobników słabszych, i pogarszanie jakości stada – to akurat zrozumiałe, bo wtedy mogą trąbić, że trzeba zabijać stare, słabe i cherlawe;

– Roznoszenie chorób – przy karmiskach i paśnikach spotyka się wiele gatunków zwierząt, które bez tego nigdy by się razem nie zeszły, wymieniają ze sobą patogeny;

– Uczenie zwierząt leśnych smaku płodów rolnych, w wyniku czego szukają one ich następnie na polach, zwiększając jeszcze szkody;

– Taka karma jak ziemniaki, buraki, marchew czy kukurydza oraz kiszonki, NIGDY w lesie znaleźć się nie powinny. Gnijąc i zalegając stwarzają też zagrożenie epidemiologiczne;

– Zwierzęta tracą instynkt ucieczki – nie tylko przed człowiekiem, ale też przed pojazdami, w związku z czym giną lub zostają ranne w kolizjach drogowych;

– W zagęszczonych populacjach łatwo rozprzestrzeniają się choroby, wzmagają się zachowania agresywne, dochodzi do zranień i wzajemnych okaleczeń;

– Wywożąc do lasu jedzenie nienaturalne dla określonych biotopów, rozregulowuje im się odżywianie i w efekcie również naturalne cykle płodności;

– Wszystkie dokarmiane zwierzęta, i tak zostaną następnie „pozyskane”;

– Zwierzęta które najczęściej korzystają z dokarmiania, nie są w żaden sposób zagrożone wyginięciem.

Motywy dokarmiania zwierząt przez myśliwych:

– Niewłaściwie pojmowana, fałszywa troska o zwierzęta, która przynosi więcej szkody niż pożytku (patrz wyżej);

– Myśliwi jakoś nie dokarmiają innych gatunków zwierząt z poza listy łownych, mimo, że też cierpią zimą głód;

– Padłe zimą z głodu zwierzę to oczywiście strata dziczyzny i tuszy;

– Dokarmianie i praca przy nim są potrzebne myśliwym do miłego znieczulania sumienia i łagodzenia stanów, które budzą się, gdy się nieustannie zabija. Można potem mydlić oczy wszystkim wokół, jakim to jest się „dobrym i szlachetnym”, okłamując samego siebie.

Dokarmianie jest kompletnie niepotrzebne. Zaczęło się w drugiej połowie XX w., gdy w Europie pojawiły się nadwyżki żywności. Dokarmianie jest wręcz szkodliwe, stanowi głęboką ingerencję w procesy przyrodnicze i pojemność ekosystemu. Takiego jedzenia w lesie nigdy nie było i nie powinno być. Myśliwym zawsze chodzi o duże stany zwierzyny, większe niż naturalny ekosystem byłby w stanie wyżywić. Najważniejsze jest bowiem, żeby było do czego strzelać. Im więcej można zabić, tym atrakcyjniejsze polowanie.  ~ Zenon Kruczyński

Trzeba dodać, że myśliwi uważają, że dokarmia się po to, aby zwierzęta nie robiły szkód w uprawach. ( Zimą, przy -10°C na gołych polach pokrytych śniegiem i skutej mrozem ziemi rzeczywiście, łatwo o szkody…). Zdają się zapominać, że celom takim służą pasy zaporowe i poletka żerowo-ogryzowe. Argument ten pojawił się w dyskusjach stosunkowo niedawno, jako akt rozpaczy w dawno przegranej debacie.

elk_dokar_-000

Mit 2. Myśliwi muszą zastępować drapieżniki i kontrolować liczebność populacji zwierząt.

Ciężko nawet tą bzdurę skomentować, ale po kolei. Po pierwsze myśliwy nie jest w stanie zastąpić drapieżnika. Drapieżnik polując kieruje się instynktem oraz wyostrzonymi zmysłami – myśliwy wrażeniami i „emocjami łowieckimi”.  Czyli np. zabiciem kapitalnego zwierzęcia dla trofeum, tak nie postępuje drapieżnik. Wilki osaczając stado zwierząt płowych prowadzą pościg, podczas którego testują kondycję uciekających zwierząt i wybierają ofiarę najmniej sprawną w ucieczce. Wyposażone w precyzyjne zmysły, rozpoznają taką sztukę, po wielu innych szczegółowych cechach, których my nie potrafimy nawet spostrzec. Ani tym bardziej wyczuć – wystarczy jakaś rana, czy stan chorobowy zwierzęcia, by wilk wyczuł to węchem. Drapieżne zwierzę, nie używa też oszukańczych technik, takich jak wabienie czy nęcenie, które są skrytobójczym niegodnym człowieka sposobem mordowania zwierząt. Widzimy więc, że myśliwy nie jest w stanie w żaden sposób zastąpić drapieżnika. W micie tym zawarte są trzy kłamstwa, kolejnym jest twierdzenie, że drapieżniki są od tego, by kontrolować liczebność zwierząt.  Rolą żadnego drapieżnika nie jest ograniczanie liczebności -zwyczajnie wobec ogromnej przewagi liczebnej swoich ofiar nie były nigdy w stanie tego dokonać. One są i istnieją, my tylko przypisujemy ich działaniu własne interpretacje. One natomiast zainteresowane są tylko własnym przetrwaniem, nie regulowaniem liczebności zwierząt. Jako pozbawione ludzkich skrupułów perfekcyjnie eliminują sztuki chore oraz słabe, a także młode. I to jest selekcja naturalna. Dzikie zwierzęta potrafią same kontrolować swoją liczebność, dostosowując zachowania rozrodcze do warunków w jakich przyszło im żyć (siedlisko, baza żerowa, warunki życia). Dowodzą tego badania naukowe z całego świata. A użytkowanie łowieckie populacji zwykle przynosi skutek odwrotny od zamierzonego, zamiast zmniejszania liczby zwierząt, finalnie zawsze mamy ich więcej. Dlaczego? Ze szczegółami opisaliśmy to w 2 artykułach:
Jak łowiectwo przyczynia się do zwiększonej liczebności dzików?   oraz Wpływ łowiectwa na liczebność lisów. Ostatnie odnośnie „konieczności regulacji”. Na liście zwierząt łownych jest 31 gatunków zwierząt, w tym 13 gatunków ptaków, a więc „nie – łownych” pozostaje jeszcze z 300 innych.  Myśliwi intensywnie „regulują” raptem kilka z nich. Kto zajmuje się pozostałymi gatunkami zwierząt, ssaków, ptakami, owadami, płazami, rybami, czy choćby owadami? Natura – ano właśnie. Dodajmy, że wszelkie duże drapieżniki, były przez lata tępione, przez osoby z ‘’żyłką myśliwską’’, a na wilki polowano jeszcze w czasach PRL. Człowiek tępił duże drapieżniki po to, by sam mógł więcej polować.

11011936_941794985840656_53094381532512124_n

Mit 3. Myśliwy zabija tylko stare i chore zwierzęta.

To zdanie pokazuje tylko, z jaką premedytacją to środowisko potrafi kłamać. „Bzdura dyżurna”, choć sporo osób jeszcze w nią wierzy. Starych zwierząt łownych w naszych populacjach po pierwsze, po prostu już nie ma, zostały wystrzelane. Dzik w naturze dożywa ponad 25 lat, obecnie najstarsze spotykane osobniki mają po 5-7. Jeleń Szlachetny ponad 20, najstarsze 14, a zazwyczaj zabite zostają do 10 roku życia. Lisy do 14 lat itd… Kalendarz łowiecki dopuszcza strzelanie do zwierząt młodych, tj. warchlaków, wycinków, przelatków, ciężarnych łań czy cieląt np. daniela. Są więc zabijane zwierzęta młode. Zresztą idzcie na polowanie – tam zwierzęta nie leżą „stare i schorowane” po krzakach, w oczekiwaniu na strzał łaski, lecz bardzo żwawo uciekają.  Część osób daje się bardzo nabierać na ten frazes, cóż, tutaj wystarczyła by jedna wizyta na polowaniu. No i po co takie zaangażowanie wokół trofeistyki? Między innymi dlatego, że myśliwych interesuje zabijanie zwierząt jak najbardziej witalnych i dorodnych, dla ”pięknych” trofeów właśnie.

 Mit 4. „Bo łowiectwo to tradycja”.  A człowiek od zawsze polował.

Co do obu zupełna zgoda.  Pytanie, czy wygodniej nam trzymać się zamierzchłych tradycji, czy jako ludzkość chcemy się rozwijać od barbarzyństwa do cywilizacji.  Do nie tak dawna „tradycją” było też niewolnictwo czy brak jakichkolwiek praw kobiet. Gdzie indziej za tradycję uważa się okaleczanie na żywca małym dziewczynkom narządów płciowych. Ci ludzie tak samo odpowiedzą: „Ale to nasza tradycja! A człowiek od zawsze polował”. Człowiek od zawsze robił wiele, rzeczy, między innymi nie mył się, gwałcił, palił i mordował, czy podcierał palcem, a kobiety walił maczugą po głowie ;). Czy myśliwi tym niewątpliwym tradycjom ludzkości dają także wyraz? Nie? Bądźmy więc konsekwentni albo… Dziś nie ma żadnej potrzeby, by prześladować dzikie zwierzęta dla pokarmu, czy skór bądź innych przedmiotów. Niegdyś polowania spełniały szereg istotnych potrzeb człowieka związanych z jego przetrwaniem w naturze, tak jak dostarczały pożywienia, ubrań, przedmiotów codziennego użytku. W obecnej rzeczywistości żadna z tych ról nie ma już znaczenia, chyba, że dla garstki oderwanych od rzeczywistości osobników, pragnących kultywować niechlubną tradycję ludzkości. Warto zadać sobie pytanie, czy cała ta panująca w Polsce ideologia myśliwska jest naprawdę nasza? Oczywiście nie. Tradycję tę przeszczepił na grunt polski August II Mocny, a utrwalił jego syn August III. Ten saski model łowiectwa bardzo się spodobał ówczesnej polskiej elicie i został powszechnie zaakceptowany. To wtedy zaczęto polować dla czystej przyjemności i mieć w pogardzie „mięsiarzy” (polujących dla zdobycia jedzenia):
http://niechzyja.pl/kampania/fakty-i-mity/

Gdzie indziej „Święta tradycja” wygląda tak. Tradycja – jedno małe słowo, które potrafi uświęcić i uzasadnić najbardziej bezsensowne okrucieństwo świata.

obrzezanie-dziewczynki-550x350

Mit-„argument” 5. Mięso nie rośnie na drzewie!

Doprawdy? Ale jak to :(? Mój świat legł właśnie w gruzach… Zawsze śmieszy mnie, próba „uświadamiania” obrońców praw zwierząt, jak wygląda życie zwierząt hodowlanych. Organizacje ekologiczne walczą w pierwszej kolejności o poprawę losu zwierząt w ubojniach,  a ich aktywiści i działacze zazwyczaj są weganami i wegetarianami.  Niezmiennie kojarzy mi się to z próbą wybielania własnej osoby, szukania dla siebie usprawiedliwienia, odwracania kota ogonem, tłumaczenia jednego okrucieństwa drugim… Bo skoro zwierzęta hodowlane cierpią i hodujemy je na pokarm, to czemu nie zabijać tych dzikich? W czym one są gorsze? Tak argumentował mi kiedyś jeden myśliwych.
Dlaczego warto zrezygnować z mięsa? – nasza notatka na ten temat.

Mit 6. Na polowaniu zwierzę ginie od jednego strzału.

Według źródeł samych myśliwych, na polowaniach zbiorowych postrzałków wśród zwierzyny grubej bywa nawet ponad 30 %.  W innych przypadkach, według ankiety przeprowadzonej na forum Dziennika Łowieckiego, ten % bywa jeszcze większy. Nie szukając długo, na youtube znajdujemy film z polowania, gdzie prowadzący stwierdza ‘’Oddano 49 strzałów, padło 9 dzików’’. Można więc sobie wywnioskować jak to jest z tą celnością. Wychodzi 5 strzałów do jednego dzika.  Więcej na temat postrzałków w artykule poniżej:

Postrzałki na polowaniach

https://www.youtube.com/watch?v=xFDO2ZYC8BM

Mit 7.  Święty Hubert zdarzył.

Patron myśliwych, przewracający się w grobie, po każdym bałwochwalczym zbezczeszczeniu jego pamięci musiał już wywiercić dziurę w trumnie. A to dlatego, że św. Hubert będący zapalonym myśliwym przez większość swojego życia, w pewnym momencie doznał objawienia. „Młody Hubert najwięcej czasu spędzał w lasach, gdzie nieustannie polował, łowiectwo było jego pasją. ak było do roku 695, kiedy polując w Górach Ardeńskich, nie bacząc na nic, w sam Wielki Piątek napotkał białego jelenia z promieniejącym krzyżem w wieńcu. Miał wtedy usłyszeć głos Stwórcy ostrzegający go za jego niepohamowaną pasję i nakazujący mu udać się do Lamberta – biskupa Maastricht – Tongres.”
Święty nawrócił się i przestał polować. Miał też ponoć w wyniku tych wydarzeń nauczać, by zwierząt nie zabijać. Może bardziej pasowało, by mu zostanie patronem ekologów i obrońców zwierząt?

hubertk

Mit 8. Myśliwy „pozyskuje zwierzynę w zgodzie z etyką i zasadami”.

Trzeba tutaj podkreślić, że pojmowanie etyki przez myśliwego i przeciętnego człowieka to dwie skrajnie odległe od siebie rzeczy. Etyka myśliwska to kolejny frazes dla laików. W praktyce jego rola to uspokajanie myśliwskich resztek sumienia, że coś tam co robi, jest etyczne. A to tylko zbiór niepisanych norm zachowań w środowisku własnym i postępowania wobec zwierzyny.  Myśliwi nie zastanawiają się nad tym co robią z punktu widzenia etyki. Liczy się tylko to, co dopuszcza kalendarz polowań. Pomijając okrutne i nieludzkie konkursy norowania, szkolenie dzikarzy, podam inne przykłady: w Polsce myśliwym wolno prześladować zwierzęta wtedy, kiedy powinno się zapewnić im jak największy spokój. Przykład choćby – rykowisko. Nasi polujący biegają w amoku po lasach, podchodzą i wabią specjalnymi wabikami jelenie, przeszkadzają im w najważniejszym okresie w życiu. Dlaczego? Magia rykowiska to samo słuchanie. I na tym powinni poprzestać. Ale jelenie byki są w tym czasie mniej ostrożne, zainteresowane łaniami. Można je podejść, czy wykorzystując godowe podniecenie zwabić i zastrzelić. Takie pomylone zabawy, prześladowanie i zupełnie nie fair gry wobec zwierząt, uznawane są w środowisku myśliwych, za etyczne. Zresztą zabija się nie tylko jelenie podczas rozrodu. Także daniele podczas bekowiska, lisy w okresie cieczki, dziki w trakcie huczki, słonki na ciągach, kozły saren w rui, a dawniej cietrzewie i głuszce na tokach. Można też strzelać do ciężarnych łań, jak i przy użyciu nęciska wabić zwierzęta pokarmem i strzelać podczas jedzenia. Wydaje się, że ludzie mający w teorii bliższy kontakt z naturą, powinni mieć dla zwyczajów zwierząt jakiś szacunek, pokorę i zrozumienie. Jest jednak zupełnie odwrotnie. Myśliwy zdają się odnajdywać jakieś upodobanie, w prześladowaniu zwierząt podczas okresów godowych. A płoszą przecież wtedy szereg innych gatunków przy okazji. Chyba, że za „etyczne” i załatwiające moralną sprawę takich polowań, uznamy myśliwskie zwyczaje włożenia w pysk zwierzęcia gałązki „ostatniego kęsu”, czy ułożenie pokotu. Według myśliwych, te puste gesty sprawę załatwiają.   Dodajmy do tego dziesiątki „przypadków” zastrzeleń zbłąkanych psów, czy kotów, zresztą środowisko myśliwych stoi raczej murem za takim odstrzałem domowych zwierząt, o czym można przeczytać sobie tutaj – Pragną zabijać psy. I zupełnie się z tym nie kryją.  Etyce myśliwskiej ze szczegółami przyjrzeliśmy się w poniższym opracowaniu:
Przewodnik po etyce myśliwskiej

11182290_935780593108762_4898096762294324282_n
Mit 9.  „Kto zapłaci za szkody rolnikom? Gdyby nie myśliwy, nikt z tych nawiedzonych obrońców nie miał by co jeść, bo zwierzęta splądrują pola, następnie wejdą do miast, a chleb kosztował by 50 zł!”

Paradoks polega na tym, że to środowisko rzeczywiście wierzy w to co napisane powyżej. Drugi, to taki, że ich własne działania prowadzą do takiego stanu – szkody w rolnictwie i zwiększona ilość zwierząt. Gdyż celem gospodarki łowieckiej, jest maksymalizowanie pogłowia zwierząt łownych, dla osiągania doraźnych korzyści i doświadczaniu przyjemności z polowania. Jeśli podchodzić by do gospodarowania populacjami dzikich zwierząt, tych kilku gatunków, które czasami mogą wchodzić w kolizję z człowiekiem, nie kierując się interesem myśliwych, finalnie mieli byśmy mniej pospolitych zwierząt łownych, i mniej z nimi problemów. Ale nie leży to w interesie myśliwych.  Więcej na ten temat w tym artykule – Jak łowiectwo niszczy rolnictwo?

Mit 10. Selekcja jeleniowatych

Lubią myśliwi robić postronnym osobom wodę z mózgu, zasłaniając się przy mordowaniu zasadami selekcji zwierzyny płowej, które sami stworzyli.  „Restrykcyjne zasady przy odstrzale”, jak starają się wmawiać. W selekcji owej chodzi o uzyskiwanie jak najlepszej jakości trofeów z poroża (co wymienione jest w zdefiniowanych celach łowiectwa, jako jedna z głównych jego działalności). Zwróćmy uwagę na jedną rzecz – myśliwi prowadzą tą „selekcję” i prowadzą dziesiątki już lat. Prowadzono ją także w jakimś stopniu dużo wcześniej. Efekt? Żaden. Mimo usilnych starań myśliwych, każdego roku, w każdym pokoleniu saren i jeleni ciągle występują sztuki, tak zwane „selekcyjne”. A to myłkus, to tyka poszła nie w tym kierunku co „trzeba” – tak jak chciał by to widzieć myśliwy, zgodnie ze swoim urojonym wyobrażeniem o „prawidłowym” porożu.  Porównując kolekcje myśliwskie i trofea już z okresu średniowiecza można stwierdzić bez precedensu, że selekcja owa nic nie daje, ani w wyglądzie jeleni oraz kozłów saren nie zmieniła, na przestrzeni setek lat. I zmienić nie może, i nie zmieni. Dlaczego tak jest? Może dlatego, że owa różnorodność i „wady” w rozwoju poroża są dla tych gatunków czymś niejako naturalnym i występującym. Mimo stosowania różnych mieszanek mineralnych podczas dokarmiania, lizawek z solą, deformacje i tak występują. I co ciekawe, przez miliony lat, kiedy to nikt zasad selekcji nie znał, ani jej nie prowadził, zwierzyna nie ZDEGENORWAŁA się. Tak, to słowo warto powiększyć, gdyż myśliwi tak właśnie uważają – jeśli przestaną strzelać, to zwierzyna zdegeneruje się i wymrze.  Ostra faza, co? Bo co z pozostałymi setkami gatunków zwierząt, których nikt poza naturą w żaden sposób nie selekcjonuje? Co z ludzmi? Żeby było śmieszniej, na pewno słyszeliście termin, taki jak uwstecznianie się poroża u jelenia. Jest to proces naturalny, który wystąpi z wiekiem u każdego samca tego gatunku. Myśliwi jednak nigdy nie dopuszczają do takiej sytuacji, choć taki jeleń z uwsteczniającym się porożem, może żyć jeszcze ponad 7 lat. Postronnym mówią, że zabijają, by nie przekazał dalej „złych genów” – co jest bzdurą totalną, jako, że uwstecznianie jest procesem naturalnym. Tutaj motywacją jest tylko lepiej wyglądające trofeum, które piękniej wygląda na ścianie i podoba się myśliwemu, kiedy zostało wydarte bykowi będącemu w sile wieku. Pamiętajmy też, że żaden z myśliwych przed strzałem nie przeprowadza przecież żadnych badań genetycznych, nie może więc wiedzieć, czy jakakolwiek deformacja nie jest efektem braku składników pokarmowych (najczęstsza przyczyna), urazów mechanicznych lub chorób wirusowych czy grzybiczych. Genetyka w tym przypadku, jako możliwa przyczyna znajduje się ostatnia w tym zestawieniu. I tak po ludzku – i wśród nas przychodzą na świat osoby niskie, z czasem niektórzy stają się otyli, z zespołem Downa, czasem mniej urodziwi lub z widocznymi deformacjami albo setkami możliwych chorób. Czy „selekcjonujemy” ich? Czy jednak jakoś pomagamy?  Kierując się takim myśleniem, należało by odstrzelić ¼  otyłych emerytów z PZŁ jako sztuki selektywne, urągujące wyobrażeniu o możliwym pięknie człowieka :). Tak to właśnie wygląda. W całej tej zabawie chodzi o satysfakcję z trofeum, ewentualny zarobek na nim, konkursach medalach i odznaczeniach – to wszystko wchodzi w skład trofeistyki. Polecam się zapoznać i wyciągnąć wnioski. Zasady selekcji populacyjnej i osobniczej zwierząt łownych:
https://www.poradniklowiecki.pl/polowanie/zasady-selekcji.html

3-1

=======================
=======================

Źródła i bibliografia: 

Niech Żyją! Mity i fakty. 
http://niechzyja.pl/kampania/fakty-i-mity/

„Określanie wieku zwierzyny”
J. Lochman

Zasady selekcji osobniczej i populacyjnej zwierząt łownych
http://www.lowiecki.pl/prawo/zasady_selekcji_3.pdf

„Wielki atlas łowiectwa”
D. Bogacz, S. Pawlikowski, J. Pełka, P. Gawin i inni – praca zbiorowa.

=====================
=====================

Uwaga na chorą dziczyznę. Myśliwi zarazili celebrytę?

Ileż to razy słyszeliśmy z ust polujących chwalby i poematy na temat tzw. „zdrowej dziczyzny”. Używane za każdym razem w dyskusji, kiedy udało się wyjaśnić wszelkie mity i absurdy łowiectwa, nasi dyskutanci chwytają się ostatniego: Ale ja poluję dla zdrowego mięsa! Co, nie wolno mi, skoro można? Chcę zdrowo żywić swoje dzieci, a nie tym chemicznie nafaszerowanym z marketu. Podobną argumentację wysunęła kiedyś rzecznik PZŁ. Pomijając całkowicie wszelkie kwestie zdrowotne, ekonomiczne i moralne oraz liczne badania naukowe wykazujące szkodliwość i nieefektywność spożywania mięsa przez człowieka jako pokarmu, (Do przeczytania tutaj – Wegańskie książki i filmy) , pozostaje pytanie, które to mięso rzeczywiście jest gorsze…

tasiemiec

Jak donoszą od kilku dni rozmaite portale informacyjne w Polsce, w dziczyźnie na Podlasiu wykryto nie notowanego dotąd pasożyta, tasiemca z rodzaju spirometra.

Tasiemiec z rodzaju Spirometra pasożytuje m.in. u dzikich ssaków drapieżnych, np. dzików. W Azji larwy tego tasiemca znajdują się także u żab i węży, które są tam traktowane jako przysmak.

Do zakażenia dochodzi drogą pokarmową – po spożyciu surowego lub niedogotowanego mięsa, które zawiera larwy pasożyta, lub po wypiciu skażonej wody.

Lubisz dziczyznę? Lepiej uważaj!

Mięso z dzików, które jest dopuszczane do sprzedaży, nie jest badane pod kątem sparganozy, ponieważ jest to obecnie praktycznie nieznany lekarzom pasożyt. Larwy są trudne do identyfikacji, ponieważ mogą przypominać np. włókna mięśniowe czy ścięgna. Amatorom dziczyzny zaleca się więc długą obróbkę termiczną mięsa lub rezygnację z jego spożycia. Sugeruje się także, by nie pić wody z podejrzanego źródła.

Larwy tego tasiemca umiejscawiają się zazwyczaj pod skórą człowieka, powodując występowanie obrzęków podskórnych. Pasożyt dość często umiejscawia się też w okolicy oczodołów, co może prowadzić nie tylko do zaburzeń widzenia, lecz także do uszkodzenia gałki ocznej. Zdarzało się, że larwy znajdowały się też w płucach, a nawet w mózgu i wywoływały ciężkie objawy chorobowe.

Sparganoza nie jest chorobą śmiertelną, ale jest bardzo nieprzyjemna. Larwy spod skóry lub innych części ciała usuwa się chirurgicznie.

Źródło: poradnikzdrowie.pl
http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/choroby-pasozytnicze/tasiemiec-spirometra-w-miesie-dzika-grozny-dla-ludzi_43941.html

Po spożyciu mięsa pochodzącego od zarażonego zwierzęcia można zachorować na sparganozę. Wystarczy, że mięso zawierające larwy tasiemców będzie surowe lub niedogotowane – poinformowała w poniedziałek w przesłanej PAP informacji autorka badań dr Marta Kołodziej Sobocińska z IBS PAN w Białowieży.

A przecież widzieliśmy nie raz na zdjęciach, panów czy panie myśliwe, które wgryzały się wątrobę upolowanego dzika ociekającą jeszcze krwią.  Jest to związane ze zwyczajami myśliwskimi, prawdopodobnie chodzi o upolowanie pierwszej w życiu sztuki. Inny zwyczaj, to mazanie twarzy krwią – „farbą” zabitego zwierzęcia, której fryc nie może zmyć z twarzy, dopóki nie postawi wszystkim kolejki. Cóż, smacznego… dodać trzeba, że tą drogą można się zarazić wieloma rozmaitymi chorobami. Wspaniałe tradycje niech będą więc wyrazem myśliwskiej fantazji i drogą selekcji naturalnej…

heart
Głośna sprawa z tego roku, kiedy 8 letnia dziewczynka pod opieką polującego ojca, spożywa na surowo serce upolowanego zwierzęcia. 

Dalej:

Kołodziej-Sobocińska podkreśla, że sparganoza była dotychczas znana głównie z krajów azjatyckich, a w Europie notowano ją sporadycznie. „Stwierdzano pojedyncze przypadki zachorowań we Włoszech, Czechach, Niemczech, ale na terenie Polski jeszcze nie notowano tego schorzenia u ludzi. Wiadomo natomiast, że wywołujące je pasożyty często występują u zwierząt drapieżnych w Puszczy Białowieskiej” – dodała.

W ostatnich latach naukowcy z IBS PAN przebadali pod kątem zarażenia tasiemcem Spirometra ponad 150 zwierząt. Dr Kołodziej-Sobocińska powiedziała PAP, że po raz pierwszy tego tasiemca wykryła pod skórą martwego borsuka w 2013 r. i wtedy zaczęła badać problem. Badania rozszerzono na inne gatunki, m.in. jenoty, ale też dziki i okazało się, że „ogromna większość” tych zwierząt w Puszczy Białowieskiej choruje na sparganozę. Trwają wstępne badania w Puszczy Augustowskiej. Tam również potwierdzono występowanie larw Spirometra, trwają dalsze badania.

Badaczka poinformowała, że myśliwi zgłaszali weterynarzom obecność „tajemniczych” larw w mięsie dzików od 2011 r. U dzików tego tasiemca znaleziono nie tylko pod skórą tych zwierząt, ale też w ich mięsie. Były przypadki, gdy długość larw tasiemca przekraczała pół metra.

Dr Marta Kołodziej-Sobocińska podkreśla, że celem prezentowanych informacji naukowych nie jest „sianie paniki” wśród ludzi, lecz zwrócenie uwagi (głównie osób spożywających dziczyznę), że w mięsie z dzika – bez odpowiedniej obróbki termicznej – mogą być niebezpiecznie larwy.

Zaznaczyła, że obecność larw Spirometra jest trudna do wykrycia, konieczna jest więc ostrożność, bo choć larwy tego tasiemca umiejscawiają się zazwyczaj pod skórą człowieka, to zdarzało się, że znajdowały się np. w oku, płucach czy mózgu i wywoływały ciężkie objawy chorobowe.

Odkrycie będzie konsultowane ze służbami weterynaryjnymi i sanitarnymi, aby próbować wypracować sposób postępowania. Problem jest nowy, i nie ma ani prawa, ani norm postępowania, które by go regulowały – mówi Kołodziej-Sobocińska. 
Na razie amatorom dziczyzny naukowcy zalecają długą obróbkę termiczną mięsa lub rezygnację z jego spożycia 

Źródło: naukawpolsce.pap.pl
http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,410989,naukowcy-wykryli-tasiemca-spirometra-u-zwierzat-moze-byc-grozny-dla-ludzi.html

Te wiadomości są bardzo niepokojące, tym bardziej, że w zeszłym roku informowaliśmy o siatce myśliwych-kłusowników, którzy na szeroką skalę zajmowali się procederem rozprowadzania nie badanego mięsa zwierząt łownych, które serwowane było między innymi w restauracjach. Dziczyzna była zarażona włośnicą i mimo to celowo wprowadzana do obrotu.  Do przeczytania tutaj :
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-nowe-fakty-ws-dziczyzny-zakazonej-wlosnica-prali-brudne-mies,nId,1892094

Trzeba również pamiętać o sporej rzeszy kłusujących myśliwych, którzy nie wpisując odstrzału w księdze ewidencyjnej polowań, biorą dziczyznę na użytek własny, która również nie jest w takim wypadku badana.

====================================
====================================


Historia ku przestrodze… Celebryta Michał Wiśniewski choruje po spożyciu dziczyzny?

14215715_320828824932256_460462318_o

 

Wprawdzie opisywane zdarzenie miało miejsce w 2015 roku i nie ma związku z obecnym wykryciem tasiemca z rodzaju spirometra, ale pokazuje jak łatwo można dając ślepo wiarę myśliwskim zapewnieniom nabawić się dolegliwości. Myśliwi uwielbiają właśnie w ten sposób próbować pozyskiwać sympatię rozmaitych grup społecznych, częstując okazyjnie dziczyzną. Często podczas regionalnych festynów i imprez okolicznościowych koła łowieckie zgłaszają swój udział, i ustawiają stoisko. Nazywa się to „promowaniem łowiectwa”, czyli przekazywaniem wyidealizowanego obrazu, z mnóstwem niedopowiedzeń, okraszonego mitami myśliwskimi, np. o dokarmianiu zimowym.

Zatruciem 22 osób zakończyło się polowanie myśliwych z powiatu żagańskiego i ich gości. Rozchorował się też Michał Wiśniewski, znany polski piosenkarz, którzy prawdopodobnie został przez myśliwych poczęstowany kiełbasą.

Myśliwi z koła łowieckiego Diana (obwód Jelenin, gmina Żagań) i ich goście spotkali się w piątek, 23.10. Zamieszkali w żagańskim hotelu.

Potem pojechali. Wiadomo, polowali, mieli swoje posiłki w lesie. W tym żurek i kiełbasę z dzika. Nie wiem skąd – mówi Jan Okapiec, właściciel hotelu.

Problemy zaczęły się w sobotę. Po wieczornym posiłku.

Zaczęli mówić, że mają problemy żołądkowe – zaznacza J. Okapiec. I opowiada, że przed kolacją myśliwi poprosili, by podać im na stół przywiezioną przez nich kiełbasę z dzika.Zasadniczo nie ma u nas sytuacji, gdy goście przynoszą swoje posiłki. Ta była wyjątkowa. Wiadomo, to był ich specjał. Dlatego kelnerka grzecznościowo pokroiła na stole pomocniczym kiełbasę – tłumaczy J. Okapiec. – Osobiście wzywałem karetkę.

Pomoc została udzielona 5 osobom. Wszystkie zgłaszały silne dolegliwości żołądkowo-jelitowe, Otrzymały środki rozkurczowe, przeciwbólowe. Żadna z tych osób nie zgodziła się na przewiezienie do szpitala – informuje Ryszard Smyk, kierownik żagańskiego pogotowia ratunkowego.

Poczęstowali go kiełbasą

Ratownicy zostali też wezwani do Michała Wiśniewskiego, wokalisty i lidera zespołu Ich Troje.

Pana Wiśniewskiego widziałem, jak rozmawiał z myśliwymi, bo siedział niedaleko od nich. Może go poczęstowali – zastanawia się J. Okapiec.

  1. Wiśniewski, który w tym samym czasie, gdy myśliwi polowali, brał udział w Baja Inter Cars, czyli rajdach samochodów terenowych w Szprotawie i Żaganiu, potwierdza, że się rozchorował. Mieszkał w tym samym hotelu.

Ok. godziny 21 poczułem się bardzo źle. Miałem wysoką gorączkę – opowiada Wiśniewski. Była też biegunka, wymioty, ogólne osłabienie. Sprawą zajął się sanepid.

Powiadomili prokuraturę

Paweł Pilaszewski, były myśliwy koła Diana, podejrzewa, że myśliwi najedli się kiełbasy z niebadanego mięsa. Tłumaczy, że mięso z upolowanej zwierzyny może być przekazywane tylko myśliwym.

Potem muszą mięso zbadać, zanim je przerobią na własny użytek – tłumaczy P. Pilaszewski. Przekonuje, że nie zawsze tak to się odbywało. I zdradza, że dokumentacją koła Diana, dotyczącą właśnie przekazywania mięsa, od dłuższego już czasu zajmuje się policja.

Zaczęło się od tego, że ktoś poinformował Nadleśnictwo w Szprotawie o budzącej wątpliwości dokumentacji koła.

Pismo otrzymaliśmy w sierpniu. Uznaliśmy, że należy powiadomić prokuraturę – informujeDariusz Chełski, nadleśniczy.

Potwierdza to prokuratura.

Zawiadomienie wpłynęło do nas w połowie sierpnia i zostało przez nas przekazane policji – mówi Tomasz Kulczycki, prokurator rejonowy z Żagania.

Policja prowadzi w tej sprawie dochodzenie.

Najpierw prowadziliśmy czynności sprawdzające pod kątem, czy doszło do popełnienia przestępstwa. Następnie, 25.09., zostało wszczęte dochodzenie w sprawie podrobienia i przerobienia dokumentów. Sprawa jest jednak wielowątkowa i rozwojowa, dlatego nie możemy podawać szczegółów – zastrzega podinsp. Sylwia Woroniec z żagańskiej policji.

W chwili, gdy zostaną komuś postawione zarzuty, przejmiemy sprawę, zgodnie z nowym kodeksem postępowania karnego – zaznacza P. Kulczycki.

Zarząd koła Diana zapewnia, że działalność prowadzą prawidłowo.

»Informujemy, że Koło Łowieckie Diana prowadzi prawidłową gospodarkę łowiecką, jak i wszelką dokumentację« – czytamy w pisemnej odpowiedzi na pytania dziennikarza.”

 Źródło i całość artykułu:
http://zary-zagan.regionalna.pl/ps-254354-jak-wisniewski-pojadl-w-zaganiu/

tape2orm


No cóż, pewnie jeszcze nie raz usłyszymy zapewnienia o „najzdrowszym z możliwych mięsie” albo, że wszystkie przypadki zatruć dziczyzną sfabrykowali ekolodzy. Podobnie jak wyniki rozmaitych badań, w tym cytowanych powyżej – to za pewne nikczemne knucia ekologów w celu szkalowania dobrego imienia łowiectwa ;).  Amatorom dziczyzny pozostaje życzyć smacznego, i opieki opatrzności.

 

Jak łowiectwo niszczy rolnictwo?

KTO ZAPŁACI ZA SZKODY ROLNIKOM? JAK ZABEZPIECZYĆ POLA I UPRAWY? ORAZ DLACZEGO GOSPODARKA ŁOWIECKA PRZYNOSI STRATY ROLNICTWU.

Ulubionym argumentem wojujących laików łowiectwa, jest mniej więcej taki frazes, okraszony po trosze mitologią łowiecką umiejscowioną… nie wiadomo gdzie. Całość bełkotu brzmi mniej więcej tak : Kto zapłaci za szkody rolnikom, kto wypłaci odszkodowania za zniszczone uprawy, gdyby nie myśliwi to nikt z was wege pseudozieloni, nie miałby co jeść, bo, zwierzyna splądruje uprawy,chleb będzie kosztował 50 zł, następnie zwierzęta wejdą do miast… Brednia jak brednia, wypadało by puścić to kantem, problemem jest jednak to,że ci ludzie rzeczywiście wierzą w to co napisane powyżej, i według tego działają. Jak mniemam przodują zwłaszcza ci myśliwi „niedzielni od zbiorówek” co poza polowaniem, nigdy na wsi nie byli. Myśliwi bardzo lubią ukrywać się za parawanem wzniosłych haseł o ”racjonalnej gospodarce łowieckiej”, przy notorycznym już zarzucaniu ”braku wiedzy i pojęcia” , o tymże , swoim oponentom.  Gdy jednak przyjrzeć się z bliska celom owej gospodarki, wdrażanym metodom i sposobom jej prowadzenia, okazuje się, że efekty jej działań jawią się jako zgoła sprzeczne, z tymi głoszonymi oficjalnie.  I tak oto jak sławna gospodarka łowiecka ma w swych propagandowych założeniach działać dla dobra rolnictwa, tak okazuje się, że w praktyce odnoszone skutki są zupełnie odwrotne.

Skąd takie poglądy u myśliwych? W rzeczywistości nie istnieje żaden słuszny, liczący się argument przemawiający za łowiectwem, tak więc myśliwi z uporem maniaka chwycili się tego jednego – pomoc rolnikom i zabezpieczanie upraw. Z tym „zabezpieczaniem” bywa jednak różnie. Rolnicy albo skarżą się na zbyt dużą ilość zwierzyny, myśliwi zasłaniają limitami odstrzałów, że nie mogą już więcej odstrzelić. O co w tym chodzi? Ano o konflikt interesów. W interesie rolnika jak i przeciętnego zjadacza chleba leży, by na terenach pól uprawnych dzików nie było wcale. Natomiast większość obwodów łowieckich obejmuje pola uprawne, zadrzewienia śródpolne i mozaikowe tereny,gdzie zwierzęta znajdują schronienie. Odstrzelić wszystkich nie można,bo nie będzie na co polować.A przecież myśliwy zgodnie z założeniami ustawy ma się „opiekować” – dbać o odpowiednią ilość zwierząt do odstrzału dla własnej korzyści.  Prościej zostawić stado podstawowe zgodnie z „hodowlanym planem pozyskania”, by pasły się na krwawicy rolników, tym samym przyczyniając się do strat. Trochę z nimi pokłócić, zaniżyć szacunki kwoty odszkodowania,ale będzie na zapolować. To najważniejsze. Inni rolnicy skarżą się na rozjeżdżanie zasiewów podczas polowań, czy dojrzałych już upraw,kiedy trzeba ściągnąć tuszę z pola. „Problem” zwierząt niszczących uprawy niewątpliwie jest, pamiętać jednak musimy, że to my zabieramy im tereny do życia poddając je przekształceniom, winniśmy więc wykazać nieco zrozumienia dla ich losu…Prościej jednak „sprzedać” kulkę, fakt. Nie, nie chodzi o to by dać zwierzętom dowolnie ogołacać pola.

O tym jak presja łowiectwa generuje problemy rolników i przyczynia się do wzrostu liczebności prześladowanych zwierząt pisać nie będziemy, gdyż zostało to już omówione ze szczegółami w 2 tekstach, do przeczytania dodatkowo Wpływ łowiectwa na wzrost liczebności lisów oraz Jak łowiectwo przyczynia się do zwiększonej liczebności dzików (click)

Zdjęcie1556

Zdjęcie1555
Łąka ogrodzona pastuchem i taśmą. 
 
Teoria zawarta powyżej wydaje się być szczególnie ciekawa, jeśli wezmiemy pod uwagę fakt, że istniejemy już trochę w naturze ze zwierzętami, kiedy to nas było mniej, a zwierząt dużo więcej. I jakoś potrafiliśmy bez przewagi technicznej jaką mamy dzisiaj,ochronić swoje uprawy,wyżywić się i przetrwać. Jaki więc problem z tym dzisiaj? Żaden,biorąc po uwagę odstraszacze dzwiękowe i zapachowe,możliwość ogrodzenia, aż po chemiczne środki wywołujące u zwierząt dolegliwości i biegunkę.

Jak wynika z raportu Najwyższej izby kontroli , więcej płodów rolnych ulega zniszczeniu w wyniku niewłaściwego przechowania i transportu, niż zjadają dzikie zwierzęta. Do tego myśliwi kolejną część zbiorów odkupują od rolników na użytek własny ; „zimowe dokarmianie” i nęcenie. Przyzwyczajając tym samym zwierzęta do smaku i szukania płodów rolnych.

Pamiętać trzeba o najważniejszym fakcie ukazującym dobitnie jak to łowiectwo jest „potrzebne” samym myśliwym.  Polują oni na 30 gatunków zwierząt, z tego odszkodowania wypłacają za… 4.  Kto jak kto, ale zwłaszcza rolnicy powinni być zainteresowaniami rzeczywistą motywacją myśliwych i głównymi założeniami gospodarki łowieckiej. Rolnictwo i łowiectwo to konflikt interesów, z uwagi na nadrzędny cel łowiectwa, a oczekiwania rolników. Bywa to oczywiście przyczyną wielu nieporozumień.

Zdjęcie1550
Zasiew kukurydzy, maj 2016. Rolnicy zaczynają w końcu racjonalnie podchodzić do swojej działalności, dbając o uprawy i przeciwdziałając szkodom. Tym samym nie oglądając się na pomoc ”panów w kapeluszach”. W niektórych rejonach Wielkopolski trudno czasem spotkać wręcz nie ogrodzoną uprawę. 

Skąd problem?

Jest takie myśliwskie powiedzenie : „Kto nie hoduje, ten nie poluje”.  Jak przeczytać można w podręcznikach od łowiectwa, które zawierają rozdziały takie jak „planowa hodowla zwierzyny”, przeczytać możemy: Gospodarka łowiecka, jak każda inna gałąź gospodarki musi być prowadzona według określonego planu. Według obowiązującego prawa łowieckiego, które w art. 1. ust 2, postanawia, że „gospodarowanie” zwierzyną odbywać się musi na podstawie zatwierdzonego wcześniej planu. Obejmuje on HODOWLĘ  i ochronę zwierzyny (przed???), polowanie oraz wprowadzanie ubitej zwierzyny do obrotu handlowego.  Dalej : Zagospodarowanie obwodu łowieckiego trzeba zaczynać od ustalenia planu docelowego, ustalającego jakie gatunki zwierzyny i w jakich ilościach będą przedmiotem hodowli w danym obwodzie łowieckim. A jaka jest oficjalna wersja serwowana zwykłym ludziom i przeciwnikom łowiectwa? Ratujemy ludzkość przed nadmiernym rozmnożeniem się zwierząt, splądrowaniem pól,  zoo – apokalipsą i śmiercią gatunku ludzkiego z głodu. Kiedy to racjonalnie wyśmiać, otrzymamy odpowiedz: Nie macie pojęcia o gospodarce łowieckiej, dowiedzcie się na czym ona polega! No to się dowiadujemy, i cóż? Otóż polega ona na planowej hodowli zwierzyny dzikiej z gatunków uznanych jako łowne, i gospodarowanie jej populacją w interesie własnym, by można było dokonywać polowania, nie licząc się potrzebami i stratami, jakie ponoszą w wyniku takiego podejścia np. rolnicy.  I stąd owe „limity odstrzałów”, które tak przeszkadzają rolnikom,a za którymi chowają się myśliwi. W każdym „łowisku” zaplanowane jest utrzymanie „stada podstawowego” czyli takiej ilości zwierząt, które rozmnażając się dostarczą kolejnych sztuk do przyszłych polowań. I o to tutaj tylko chodzi. Bardzo racjonalne, prawda?  Ja mam takie powiedzenie : Jeśli chcesz dowiedzieć się jak bardzo pomylone i irracjonalne są działania myśliwych (mydlenie oczu niezorientowanym), jeśli chcesz się utwierdzić w poglądach antyłowieckich,sięgnij po… podręcznik od łowiectwa.

Zdjęcie1683

Kolejna uprawa – zabezpieczona pastuchem. Przy używaniu tego rodzaju metod, mamy obowiązek odpowiedniego ich oznakowania. 

Zdjęcie1682

O tym, że łowiectwo i związana z nim „gospodarka” przyczynia się tylko problemów rolników z dziką zwierzyną (negatywne oddziaływanie na środowisko litościwie pominiemy), niech poświadczy zdanie z książki… Łowiectwo dla leśników i myśliwych, gdzie zdanie brzmi: Zatrudnianie (ludzi) wbrew pozorom stanowi już dziś ważną pozycję, i będzie wzrastało aż do momentu całkowitego zagospodarowania wszystkich obwodów łowieckich i postawieniu produkcji na możliwie wysokim poziomie. (być może na tej literaturze opiera się jeszcze obecny minister środowiska, który to zabłysnął nazywając zwierzęta dzikie surowcem).  Zagospodarowanie leśnych obwodów łowieckich  w sposób zapewniający należyty rozwój zwierzyny, wymaga zgromadzenia dużych zapasów karmy na zimowe dokarmianie [….].  Istotą, czy też głównym celem łowiectwa jest maksymalizowanie pogłowia zwierząt łownych – bo przecież „gospodarka i hodowla’’ przy uwzględnieniu pojemności żerowej łowiska, z jednoczesnym zwiększaniem jego możliwości wyżywieniowych, tak jak urządzanie wodopojów czy karmisk. W tych wszystkich działaniach, których mianownikiem wspólnym jest wywracanie ekosystemu i środowiska przyrodniczego do góry nogami, nie brak i skrajnych sprzeczności, kiedy np. na innej stronie „Łowiectwa dla leśników i myśliwych” czytamy : Chodzi o to by podstawą hodowli zwierząt łownych była naturalna baza paszowa dostępna dla zwierzyny. Jak to się godzi z dokarmianiem i z współczesnymi działaniami myśliwych?

Jak przeczytamy na 341 stronie Gospodarstwa łowieckiego, innej książki: Za główną przyczynę wyrządzania szkód przez zwierzęta łowne [….] zwykło się uważać dysproporcje między liczbą pogłowia zwierzyny, a ilością i jakością żeru jaki znajduje się w lesie ( efekt lasów gospodarczych – NPRM ), czyli niedostosowanie liczby zwierząt, do możliwości wyżywieniowych łowiska. Co z pasją i oddaniem czynią myśliwi, aby mieć na co polować, bo w końcu zawsze zwierzęta na polach coś uszczkną,a rolnik może nie zgłosi szkody i nie będzie problemu. I nazwą to „racjonalną gospodarką łowiecką”. Dalej najlepsze : Wiadome jest, że większość terenów w leśnych w naszym kraju, zwłaszcza zachodniej części polski , należy do „łowisk słabych” o skąpych naturalnych bazach pokarmowych (rzadkie runo, brak podszytu). Czyli myśliwi dobrze wiedzą jak przedstawia się sytuacja, ale „nie można” pozwolić by zwierzęta żyły swoim rytmem, bo ‘’będą głodować’’ – a więc dokarmiamy i użytkujemy je łowiecko (zabijamy) by przypadkiem się nie zagłodziły.  Ale najważniejsze, to to, że nie może być ich tak mało, na jaką ilość pozwoliła by naturalna baza żerowa, bo wtedy… nie będzie na co polować. I kółko się zamyka.

Zdjęcie1557

O tym jak łowiectwo i zabawa w polowanie przyczynia się do kłopotów rolników np. z dzikami niech poświadczy inny fragment z książki Łowiectwo dla leśników i myśliwych  str 77, gdzie o dzikach przeczytać możemy:
Częste polowania na dziki w większych kompleksach leśnych przy użyciu psów stałe niepokojenie dzików spowodowały, ze wyniosły się one często do małych lasków (zadrzewienia śródpolne), zupełnie nieodpowiednich do hodowli (!)  dzików, lecz dających tak konieczny każdej zwierzynie spokój. Ponieważ takie drobne kompleksy leśne nie mogą zapewnić dzikom wystarczającego pożywienia, żerują one głównie na polach uprawnych , czyniąc rolnikom dotkliwe nieraz szkody. I to jest fragment z podręcznika dla myśliwych. Tak więc pokrzykiwania w stylu „dowiedzcie się czegoś o łowiectwie!” okazały się miażdżącą bronią przeciw nim samym. Takich kwiatków w tego typu książkach jest oczywiście dużo więcej, na pewno będziemy korzystać z ich fragmentów w przyszłości.

To o czym napisano powyżej nie jest czymś ukrywanym przez myśliwych,wręcz przeciwnie właśnie zagadnienia z „planowej racjonalnej hodowli i gospodarowaniem zasobami zwierząt łownych” są przez nich często poruszane w rozmaitych publikacjach próbujących bronić łowiectwa, gdyż zakładają oni nie wiedzieć czemu, że osoba sprzeciwiająca się łowiectwu, nic o tych sprawach  nie wie.

Osobnym zagadnieniem jest stosowanie tak zwanych poletek łowieckich. Lubią myśliwi mówić,że owe poletka istnieją tylko po to by „zatrzymać zwierzynę w lesie i ochronić uprawy rolników”. To nie do końca tak.  Jak było napisane wcześniej, zwierzyną trzeba „gospodarować” według sporządzonego planu, a więc dbać o taką liczbę zwierząt, jaką ten plan zakłada. Czyli dokarmiać.  Druga strona medalu to „ochrona młodych drzewek i szkółek leśnych przed dewastacją zwierzyny”. Powiem tak, boli mnie takie podejście zwłaszcza leśników, którzy w każdym gatunku zwierzęcia widzą jedynie szkodnika swoich szkółek. Boli, ale nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę,że ludzie ci pełnią dzisiaj rolę plantatorów desek, i tak samo mają swoje plany wyrębu, „urządzania lasu” itd.  Przykre jest takie podejście ludzi, którzy rozumieć powinni, że to zwierzyna jest u siebie, oni tylko gośćmi, mimo nałożonych przez państwo obowiązków „gospodarowania”. Zwierzęta nie są w stanie „zjeść całego lasu”, ani go zniszczyć, choćby nie wiem jak się rozmnożyły. Dziwne, że o takich oczywistościach trzeba w ogóle komukolwiek przypominać, a już zwłaszcza „znawcom” wszelkich gospodarek. Warto spojrzeć na to inaczej – to my wyrządzamy szkody w dobrostanie zwierząt, wtrącając się w ostatnie miejsca jakie im pozostają,ze swoimi gospodarkami, potrzebami, planami i roszczeniami. Jeśli ktoś twierdzi, czy mówi, że w lesie zwierzęta wyrządzają mu szkody – nie przyjmuję tego do wiadomości. One są u siebie.  I dlatego w niniejszym tekście całkowicie pominiemy zagadnienie wyrządzania przez zwierzęta „szkód w uprawach leśnych”. Pamiętam jak nie tak dawno kłóciłem się z jakimś pracownikiem korporacji Lasy Państwowe który twierdził, że Uprawa i gospodarka leśna to najlepsze co mogło przydarzyć się polskim lasom, nie zna on lasów bardziej mozaikowych i zróżnicowanych biologicznie Tak… Co na to podręcznik dla leśników? Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa (bioróżnorodności lasów) obecnie, kiedy człowiek przez długie dziesięciolecia prowadził w gospodarstwie leśnym hodowlę  jednogatunkowych drzewostanów sosnowych i świerkowych, co doprowadziło do bardzo daleko posuniętej degradacji siedlisk (Łowiectwo dla leśników i myśliwych, str 136.)  Kłamie podręcznik czy leśnik?

Zdjęcie1549

Inna strona medalu, to polowania zbiorowe. Pomijając oczywiste okrucieństwo towarzyszące tej farsie, leśnik i myśliwy z którym mieliśmy okazję rozmawiać, Marcin Kostrzyński stwierdza ;
Polowania zbiorowe w lasach to plaga. Organizowane co weekend przepędzają zwierzynę z lasów w pola i zagajniki , gdzie czuje się bezpieczniej. (…) Myśliwi zdają sobie doskonale sprawę , że las nie jest w stanie wyżywić aż tylu zwierząt. Szkody są niejako w kalkulowane. Chodzi tylko by były rozproszone i nie obciążały budżetu koła.
To jest tak , ze rolnik pośrednio karmi zwierzynę łowną , która w stanie dzikim jest własnością Państwa, a w chwili śmierci przechodzi na własność dzierżawcy obwodu. Za to ma on obowiązek płacić za szkody itd. Utrzymywanie nadwyżek jest zwierzyny jest powszechne , zwłaszcza w obwodach hodowlanych , gdzie prominenci muszą mieć na co polować w każdym pędzeniu. Takie przepędzanie zwierząt w sezonie jesiennym na pewno nie pozostaje bez wpływu na wyrządzane szkody. Często w małej polnej oazie, spotkać można więcej zwierząt, niż w przysłowiowym wielkim lesie. Otoczone uprawami rzepaku, kukurydzy, buraków z trudnym dostępem przez ileś miesięcy, bezpieczne i nie niepokojone, za to w obfitości żeru.  Zwierzęta szybko się uczą, gdzie znaleźć można schronienie od myśliwych i polowań, oraz tak samo prędko smaku płodów rolnych.

W wywiadzie dla ”Magazyn Wege” Marcin Kostrzyński wyjaśnia jeszcze więcej: Chodzi głównie o to… Ilość zwierzyny płowej (saren i jeleni danieli), czyli tych zwierząt, które powodują szkody w lesie, jest o wiele większa, niż miałoby to miejsce w sytuacjach naturalnych. Korzystają z pól uprawnych, gdzie mają dostatek jedzenia, a poza tym nie ma drapieżników, przecież do niedawna prawie w ogóle nie było wilków. A myśliwi lubili mieć wysokie stany zwierzyny – jeżeli jakiś prominent przyjeżdżał z Warszawy, aby sobie zapolować, to nie miał czasu, żeby szukać tego jelenia przez dwa czy trzy dni, tylko chciał wejść do odpowiedniego fragmentu lasu i tego jelenia spotkać. W związku z tym stany jeleniowatych były przekraczane w stosunku do naturalnej pojemności środowiska na przykład dziesięciokrotnie. Tam, gdzie powinien być jeden jeleń, było dziesięć.
” ( Myśliwy, który zamienił strzelbę na aparat – wywiad )  ”

Istnieją dwa rodzaje „szkód łowieckich”. Pierwsza to powstające w wyniku polowania, wyrządzone przez osoby biorące w nim udział. Druga obejmuje te wyrządzone przez zwierzęta.

Jak się przed nimi bronić?

Na początku padło takie zdanie: Istniejemy już trochę w naturze ze zwierzętami, kiedy to nas było mniej, a zwierząt dużo więcej. I jakoś potrafiliśmy bez przewagi technicznej jaką mamy dzisiaj, ochronić swoje uprawy, wyżywić się i przetrwać. Jaki więc problem z tym dzisiaj? Żaden, biorąc po uwagę odstraszacze dźwiękowe i zapachowe, możliwość ogrodzenia, aż po chemiczne środki wywołujące u zwierząt dolegliwości i biegunkę.

Tak. Dziś zwiększyliśmy swoją przewagę nad zwierzętami do rozmiarów nie spotykanych nigdy wcześniej dotąd. Wydawać by się mogło, że mając tego świadomość, wykażemy zrozumienie wobec sytuacji w jakiej je postawiliśmy – zabranie terenów do życia, przekształcenie środowiska,hałasy i płoszenie oraz dziesiątki innych zagrożeń i niedogodności, jakie niesie ze sobą rozwój cywilizacji. I zamiast prześladując je w iście barbarzyński sposób w stylu myśliwskim, „bo splądrują uprawy, wyginiemy z głodu, następnie wejdą do miast”, zastosujemy metody zgodne z naszą „przewagą i wyższością” wynikające z przesłanek etyki i właściwie pojętego humanitaryzmu. A mamy takich metod sporo. Podzielić można je najprościej według dwóch grup: Chemiczne i mechaniczne. Oraz połączenie tych obu.

Do mechanicznych zaliczymy wszelkie widoczne straszaki, dźwiękowe odstraszacze oraz ogrodzenia. Urządzenia soniczne zasilane są bateryjnie lub ogniwem słonecznym, emitują odstraszające dzwięki o określonej częstotliwości, słyszalne dla zwierząt, lecz nie przeszkadzające człowiekowi. Armatki hukowe będą już bardziej dosadnym sposobem, tym skuteczniejsze, że przypominają zwierzęciu odgłos strzału. Często jednak zwierzęta po czasie przyzwyczają się do takich gadżetów, nie reagując na nie.

Droższym, aczkolwiek opłacalnym w długotrwałej ochronie jest stosowanie rozmaitych płotów i grodzeń. Wiele kół łowieckich zdecydowało się rozwijać tą metodę, kiedy w wyniku zmasowanych szkód w uprawach kukurydzy i mnogością żądań odszkodowań, zawisła nad nimi groźba bankructwa. Szybko pojęto wniosek, że taniej wyjdzie ogrodzenie nawet wielohektarowej uprawy i znaczne zmniejszenie występowania szkód, niż ciągłe szacowania i kłótnie z rolnikami. Czasem potrafią pójść po rozum do głowy,ale tylko wtedy gdy poważnie zagrożone są ich interesy.  Na zdjęciach poniżej, myśliwi pracujący przy grodzeniu uprawy kukurydzy. (Koło łowieckie nie było w stanie sprostać i przeciwdziałać szkodom, metodami polowań).

grodzenie2

grodzenie
Myśliwi pracujący przy budowie ogrodzenia, obok uprawy kukurydzy. Kiedy liczba żądanych odszkodowań przekracza budżet koła i jawi się widmo bankructwa, wtedy potrafią się zmobilizować, a wyszydzane ogrodzenia ”cudownie” zyskują jakąś skuteczność. 

Ogrodzenie ogrodzeniu nierówne. Zwykłą siatkę drucianą, dzik potrafi sforsować przeciskając się pod spodem, jeśli ogrodzenie nie ma podmurówki z fundamentem. Zamiast tego można użyć cięższych polnych kamieni,zakopując je na głębokości pół metra, i  przygniatając siatkę, przysypując ziemią, na wierzch też znalezione kamienie.  Zwiększy to skuteczność ogrodzenia,wymaga jednak nakładu pracy.

Innym sposobem są elektryczne pastuchy, umieszczone na plastikowych palikach wbijanych w ziemię. Widoczne na zdjęciach.  Sprawdzają się przy jeleniach,sarnach jak i dzikach, gdyż zaprojektowane są do zatrzymania znacznie cięższego bydła rogatego i koni.  Budowa takich pastuchów jest różna, 1 palik posiada kilka uchwytów do przeciągnięcia drutu lub wstęgi. Należy dobrze to wykorzystać. Według mnie najlepiej sprawdzi się poprowadzenie widocznej taśmy lub fladr na najwyższym poziomie, na niższym pastuch, na reszcie zwykły drut. Nie widziałem nigdy, by na tak ogrodzonej uprawie buraków lub kukurydzy były jakiekolwiek ślady zwierząt. Najczęstszym jednak błędem popełnianym przez rolników jest poprowadzenie drutu z prądem na dolnym czy najniższym haku, takie ogrodzenie ma małą skuteczność. Zwierzyna przeskakuje przez nie dowolnie,co widziałem wielokrotnie.  W mojej okolicy ostatnio wysyp tego typu ogrodzeń, widać rolnicy wypinają się na ‘’pomoc’’  ‘’dobrodziejów’’ w kapeluszach.  Na mniejszych powierzchniach czy działkowych ogródkach stosujemy ogrodzenia zazwyczaj trwałe i stałe, nie do sforsowania dla zwierząt.

Płotek zapachowy z włosów ludzkich.

Najczulszym zmysłem u większości zwierząt „łownych” jest oczywiście węch. Ten jelenia i dzika, znacznie bardziej rozwinięty niż u najlepszego psa myśliwskiego. Warto więc uwzględnić to, przy planowaniu ochrony. Swego czasu myśliwi na stronie poradnika łowieckiego opisali metodę, którą chronią swoje poletka łowieckie i uprawy leśne.  Metodę można oczywiście przenieść na pola rolnicze, gdzie przy zachowaniu pewnych reguł także odniesie skuteczność. Zwierzęta są bardzo wyczulone na zapach odwiecznego wroga,jakim jest człowiek. A charakterystyczny ten zapach przenoszą nasze włosy. Na czym polega sposób? Nie trzeba nawet grodzić. Dogadujemy się z zakładem fryzjerskim na odbiór ściętych włosów. Tym lepsze, że traktowane zazwyczaj chemikaliami, lakierami, farbami, szamponami i odżywkami, znacznie dłużej zachowują odstraszające właściwości zapachowe. Włosy wkładamy do damskiej pończochy czy rajstopy, i przywiązujemy na palikach,które co kilkanaście metrów wbijamy w ziemię na terenie uprawy i na jej granicach. Można trochę włosów rozrzucić. Inni piszą o nasączaniu benzyną czy traktowaniu gotowych „paczek” z włosami perfumami, w celu zwiększenia skuteczności. Sposób bardziej przydatny na mniejszych poletkach. Wkłady z włosami trzeba co jakiś czas wymienić. Jest to metoda mechaniczno–chemiczno–biologiczna. (włosy)

Zdjęcie1899

Zdjęcie1896
Często przy temacie ogrodzeń poruszany jest temat kosztów. Ma to dotyczyć za równo rolników jak i myśliwych. Koszty mają być ogromne i nieopłacalne. Czy na pewno? Pomyślmy co bardziej się opłaca? Czy zainwestować raz a dobrze, i nie martwić użeraniem z kołem łowieckim o ewentualne odszkodowania? Czy prościej wołać pan da!. By zobrazować pewien absurd, użyjmy prostego porównania.  Rolnik produkujący żywność, prowadzi niejako działalność gospodarczą. W każdy biznes plan wliczamy możliwe zyski i straty, oraz sposoby przeciwdziałania nim. Reasumując jeśli ktoś mając uprawę kukurydzy pod lasem narzeka na plądrujące dziki, to tak jakby ktoś z państwa otworzył sklep, zostawiał na noc otwarty, bez alarmu i miał pretensje, że go złodzieje okradli. A okazja czyni… jak mówi przysłowie.  Co do myśliwych, których zajęciem i radością główną jest polowanie, a nie dobrostan zwierząt. Przykładowe koło łowieckie zrzesza, powiedzmy 60 osób. Każda z nich w swoje hobby inwestuje ogromne pieniądze, począwszy od samochodów terenowych, wydatki na dokarmianie i nęciska, broń, przyrządy optyczne i celownicze, lornetka, ubiór, akcesoria, budowa, ambon, paśników…. Wszystko to kosztuje, trudno nawet powiedzieć ile. Pomnóżmy te „drobne” wydatki razy przykładowe 60, i pamiętajmy, że nie są one jednorazowe. O broń trzeba dbać i konserwować, amunicja też kosztuje, paliwo oraz masa innych powtarzalnych ciągle wydatków. Wszystko dla jednego – polowania. A ileż prościej i lepiej, gdyby te środki przeznaczyć na rozwój metod zabezpieczania upraw. Ale nie o to chodzi przecież myśliwym. Wszak liczy się tylko „gospodarka łowiecka” i błędne koło…łowieckie.

Zdjęcie1892
Tak to niepozornie wygląda ów sławny płotek zapachowy. Wygląda niepozornie… ale jest niezwykle skuteczny. Na całym poletku buraków, po 2 miesiącach do tej pory nie napotkałem oznak wtargnięcia zwierzyny. W jednym przypadku zwierzę, sarna zapuściła się kilka kroków, po czym wycofała. Warunkiem powodzenia jest okresowa wymiana wkładów z włosów i odpowiednio bliskie rozmieszczenie palików. 

Działamy na węch.

Na portalu aukcyjnym allegro zakupić można sporo środków o długotrwałym działaniu odstraszającym. Niektóre po prostu chemicznie cuchną, inne są oparte na wykorzystaniu naturalnych składników działających strasząco na zwierzęta – na przykład zapach wilków, rysi czy niedźwiedzi. Inne zwierają skoncentrowany zapach ludzkiego potu,np. najbardziej znany Hukinol.  Inny,może mniej humanitarny,ale także skuteczny o nazwie „Stop Dzik” jak podaje producent:  Oryginalność działania tego preparatu polega na tym, że aby preparat zadziałał jako repelent, musi być najpierw zjedzony przez  dziki. Zjedzone przez dziki granulki powodują u nich podrażnienie śluzówki jamy  gębowej, przez co zachowują się one nie naturalnie. Następuje u dzików obfite  ślinienie się, czochrają rapciami gwizd i tabakierę, płaczą. Poprzez takie działanie dziki zapamiętują ten stan, a wrażliwość zapachowa odstrasza ich od miejsca  spożycia repelentu. Dziki zrażają się do miejsca w którym znajdował się  rozsypany repelent. Istnieją i inne mocniejsze środki,wywołujące u zwierząt dolegliwości gastryczne i biegunki.

Nocne spacery.

Jeśli ktoś zajmuje się typowo rolnictwem, można z sąsiadami czy rodziną ustalić dyżury, w okresie kiedy mogą pojawiać szkody i zwyczajnie przejść się po swoich włościach na spacer pod gwiazdami, z psem lub samemu. Starając się zachować jak najgłośniej, przez co rozumiemy zwyczajne szuranie czy nadeptywanie na gałęzie.  Zwierzęta są bardzo czujne, i na pewno oddalą się słysząc człowieka, regularnie płoszone będą szukać innego żerowiska.  Można i – przecież to nasze pole, jeśli jesteśmy właścicielami gruntu urządzić sobie ognisko. Dzikie zwierzęta boją się ognia jak… ognia.

Kukurydzę siej…

Inną metodą polecaną dla upraw znajdujących się przy lesie (opisaną przez myśliwych) jest rozrzucanie ruchem siewnym pojedynczych ziaren kukurydzy, w lesie na skraju, w miejscach gdzie dziki mają zwyczaj wychodzić na pola. Są one bardzo łase na kukurydzę,a wyszukiwanie pojedynczych rozrzuconych szeroko ziaren w leśnej ściółce zajmuje im sporo czasu, przez co mają go mniej na szukanie innego żeru na polach.

Jak widzimy więc dostępnych metod jest sporo, wymaga to tylko nakładu pracy i wiedzy. Koszt ogrodzenia w dłuższej perspektywie przyniesie większe korzyści niż polowania, choćby dlatego że dla koła łowieckiego wychodzi taniej.Tak samo jak użytkowanie chemicznych środków  Ale… jest mniej do polowania, a przecież o to głównie chodzi w zabawie w łowiectwo.

Efekt martwego łowiska.

Myśliwi uwielbiają negować wszelkie sposoby zabezpieczania upraw,nawet takie z których sami korzystają,jako „zupełnie nieskuteczne”. Zwłaszcza na forach publicznych.Traktowane nawet jako „bredzenia oszołomów z miasta”, bo przecież na wszystkie problemy najlepsza strzelba.  Skąd ten awers, wydawało by się irracjonalny i nieuzasadniony? Otóż umotywowany jest on dobrze,i najzupełniej zgodny z myśliwskim interesem. Ogrodzone czy traktowane mieszanymi chemicznymi metodami poletko bądź uprawa, odstraszają zwierzynę. Unika ona takich miejsc, choćby z uwagi na utrudnione poruszanie się.  „Łowisko” staje się  mniej zasobne i nie atrakcyjne, a to już bardzo sprzeczne z interesem myśliwego. Traci się w dodatku argument o „konieczności istnienia łowiectwa” dla ochrony rolnictwa. Trzeba więc wszędzie gdzie się da, metody wyszydzić, wyśmiać, a najlepiej zarzucić każdemu „brak pojęcia”.  Na terenach gdzie rolnicy racjonalnie dbają o swoje uprawy, nie można też swobodnie się przemieszczać,wjeżdżać terenówką, – ogrodzenia przeszkadzają. No i nie ma zwierzyny… Wiem! Trzeba przy najbliższej okazji wyśmiać ogrodzenia na stronach ekologów, bo tak nie może być, byśmy przez kaprys nawiedzonego rolnika nie mogli sprawować racjonalnej gospodarki łowieckiej,my wiemy co dla was lepsze! Ostatnim argumentem poruszanym przy tej okazji jest brak możliwości migracji zwierząt. Rzeczywiście, jest to utrudnione, aczkolwiek…kopytna zwierzyna łowna interesuje myśliwych tylko z wiadomych względów, natomiast drobnym zwierzętom, takim jak lisy, zające, króliki, kuny czy ptactwo żadne ogrodzenia w przemieszczaniu nie przeszkadzają.Zdjęcie1975
Kukurydza wzrosła, dojrzewa, i ma się dobrze. Raczej nie tęskni za myśliwymi. 

 Alternatywa dla sztucerów.

Istnieją już środki opracowane specjalnie dla określonych gatunków zwierząt, powodujące bezpłodność czy też ograniczenie płodności. Można wykładać je w pokarmach. Ostatnio na profilu Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot pani rzecznik PZŁ wyśmiewała się bardzo z takich metod, argumentując, że kto się tym zajmie, przecież nie aktywiści organizacji pro zwierzęcych, kto to przeprowadzi, koszta, mogą zjeść chronione gatunki itd. Zobaczcie jak przewrotna i zakłamana to argumentacja.I zapytajmy jakie są koszta polowania, broni i akcesoriów łowieckich? Lisom wykłada się szczepionki przeciw wściekliźnie – i tu nikogo nie obchodzi, że jakiś niepowołany gatunek to zje.  Przecież PZŁ ma pod kontrolą wszystkie paśniki, nęciska, poletka żerowe w tym kraju. Do paśników przychodzą sarny,jelenie, dziki i łosie. Czy może ryś albo wilk? Nie. Co stoi na przeszkodzie, żeby myśliwi zajęli się rozprowadzaniem owych środków przy paśnikach i nęciskach , gdzie wyrzucają najgorsze gnijące odpady? To też może zjeść jakiś chroniony gatunek… Co stoi na przeszkodzie, by się tym zająć i tym samym przeciwdziałać szkodom i stratom w rolnictwie, do jakich przyczynia się łowiectwo? Zupełnie nic, ale ani myśliwi, ani PZŁ nie są zupełnie zainteresowani zmniejszaniem liczebności zwierzyny, ani ograniczaniem jej populacji. Tym bardziej przeciwdziałaniu szkodom w rolnictwie, bo wtedy upada „najważniejszy” argument o pomocnym łowiectwie, jak i ograniczanie liczebności jeleni czy dzików to działanie wbrew interesom każdego myśliwego. Dlatego trzeba wejść na jakąś stronę dla ludzi świadomych ekologicznie, i zaczepnie się pośmiać, zanim ktoś zorientuje się w rzeczywistej motywacji środowiska łowieckiego.

Kto powinien płacić?

Ulubione zostawiłem na koniec. Często czytam takie zdanie: Zawiesić odstrzał na 2 lata, wtedy pseudekolodzy będą błagać na kolanach o odstrzał jak im dziki przyjdą po dom, albo niech płacą odszkodowania. Zawsze mam poniekąd z tym zdaniem problem, bo niby dlaczego ekolodzy mieli by płacić? Przecież nie są tymi, którzy ów problem generują i się do niego przyczyniają. Nie tworzą też prawa łowieckiego ani nie mają swoich reprezentacji na rozmaitych szczeblach władzy. Wskazują przyczyny problemu i podają sugerowane rozwiązanie, czy ktoś ze strony łowieckiej bierze to pod uwagę? Nie bo przecież liczy się polowanie, przygoda i pozyskanie dziczyzny. Dlatego to koła łowieckie powinny płacić i ponosić konsekwencje realizacji zachcianek swoich członków, aż do bankructwa. Temu kibicuję. Zawarte „zdanie” strony myśliwskiej po raz kolejny pokazuje przewrotną logikę, bo gdyby nagle zawiesić wszystkie odstrzały bez podjęcia innych kroków zaradczych mogło by rzeczywiście skończyć się problemami. Wtedy zrzucamy winę na „nawiedzonych zielonych” i wracamy do łowiectwa. Po pierwsze żadna,ze znanych mi organizacji czy , stron piszących „przeciw” łowiectwu nie domaga się jego likwidacji. Co najwyżej wytyka błędy, a dąży do ucywilizowania tego procederu i humanitarnego traktowania zwierząt, bądź wyłączenia z listy łownych gatunków, na które polować nie ma potrzeby. Po drugie, jeśli już o zawieszaniu odstrzałów mowa, jeśli jako ludzkość dojrzejemy do takiej decyzji, a jest ona nieunikniona, to nie na rok czy dwa, a na stałe z jednoczesnym wdrożeniem wszelkich innych dostępnych środków zaradczych. I z uzasadnieniem odstrzału w określonych skrajnych przypadkach, takich jak choroby, czy wypadki, przez powołane do tego służby.

Ponad miesiąc  temu posłowie ustalili ostateczny kształt zmian w Prawie łowieckim, dotyczących zasad odpowiedzialności za szkody łowieckie. Nowelizacja określa tryb dokonywania oględzin i szacowania szkód w uprawach i płodach rolnych oraz ustalania wysokości odszkodowań. Zgodnie z nowelizacją szkody wyrządzane w uprawach i płodach rolnych przez dziki, łosie, jelenie, daniele i sarny będą pokrywane przez… Skarb Państwa. Oznacza to, że wszyscy podatnicy zapłacą za myśliwskie uciechy, zaś oni sami, tracą swój ulubiony argument o tym „kto zapłaci za szkody rolnikom”. I niech to będzie puentą. Po nawet pobieżnym zapoznaniu się z celami myślistwa, z którego jednym i głównym ma być pomoc rolnictwu, jawi się pokrętny obraz kłamstw i manipulacji w pełnej krasie, gdzie głównym celem jest w istocie realizacja własnej przyjemności i dbanie o swój interes, bez liczenia się z potrzebami i zdaniem innych. Jaskrawo i dobitnie, tym bardziej, że potwierdzone literaturą łowiecką, jak i wypowiedziami samych myśliwych. Podsumujmy składowe : Dokarmianie i nęciska, dążenie do maksymalnych stanów ilościowych zwierzyny, poza naturalnymi możliwościami siedliska, rozjeżdżanie upraw i zasiewów, jak najbardziej wydajne ”zagospodarowanie obwodów łowieckich”, wreszcie płoszenie zwierząt podczas polowań zbiorowych, w wyniku których zwierzęta przenoszą się na tereny rolnicze i do oaz śródpolnych.

Jako uzupełnienie polecamy reportaż z cyklu ”Sprawa dla reportera” opisywany już u nas na stronie, gdzie rolnicy także wypowiedzieli się o kulisach pracy myśliwych. Padały stwierdzenia typu ”Naszą pracę niszczą myśliwi i ich system”, bynajmniej nie z ust ekologów, a zwyczajnych rolników. Do przeczytania tutaj : Sprawa dla reportera kontra myśliwi .

EDIT : Kilka dni po publikacji owego artykułu, ukazała się kolejna część Sprawy dla reportera, potwierdzająca słowami rolników zawarte w tekście tezy. Do obejrzenia i przeczytania tutaj: Naszą pracę niszczą myśliwi i ich system – Rolnicy o łowiectwie

Źródła:

Łowiectwo dla leśników i myśliwych, Tadeusz Pasławski

Gospodarstwo Łowieckie, T.Pasławski, A.Haber, S.Zaborowski

Wywiad ”Myśliwy, który zamienił strzelbę na aparat”, Magazyn WEGE, 13 lipiec.

Kilka zagadnień nowoczesnego łowiectwa, W. Szczerbiński.

Leśnictwo, zadrzewienia i łowiectwo w gospodarce rolnej, W. Budzyński, S. Konarski

Poletka łowieckie, A. Szaniawaski, T. Pasławski

Jak łowiectwo przyczynia się do zwiększonej liczebności dzików

11169954_676042652518480_721152847168883399_n

Temat populacji dzików to taki sztandarowy argument, używany przez miłośników łowiectwa, przy każdej okazji – „ciekawe co zrobicie, jak wam dziki do ogródka wejdą?” – cóż, ja skoczę po aparat.

Tak na poważnie, są na świecie ludzie wykształceni w odpowiednich kierunkach, którzy mają wiedzę i kompetencje na takim poziomie, że dywagacje naszych pseudoekologów z piórkiem wypadają przy nich bladziutko. Jak zaraz zobaczycie, na temat populacji dzika też wypowiedzieli kilka słów, ale od początku:

Okresy polowań:

odyńce, wycinki, przelatki oraz warchlaki (!!!) – cały sezon

lochy – od 15 sierpnia do 15 stycznia;

Poluje się z podchodu, z zasiadki, zbiorowo. Według wypowiedzi jednego z piórek „byle jak, byle było”.

Piękna, myśliwska etyka, jak dobra ciocia, chroni lochę prowadzącą młode, bo to i dla ludzi ładnie wygląda i jakby nie patrzeć, strzelenie lochy odbiera małym szansę, a tu już wchodzi kwestia przyszłej ilości dziczyzny  latającej po lesie. Jak to ostatnio ktoś stwierdził „surowca”.

„Dzieciaka” natomiast już nic nie chroni, skoro do warchlaka można walić, aż miło. Przypominam – mianem warchlaka określamy dzika od dnia urodzenia do 31 marca przyszłego roku. Jaki sens? Jakież to emocje ustrzelić takiego dzieciaka? Nie chcę o tym nawet myśleć.

Legendarne się robią problemy ze zbyt duża populacją dzika. Jak się okazuje, rozwiązywanie takich problemów przez odstrzał to jak gaszenie pożaru benzyną. Dlaczego? Bo należy szukać przyczyny, a nie leczyć skutki.

 

Okazuje się, że problem stworzyli sami myśliwi:

 

1. Przez 22 lata badano rozmnażanie się dzików we Francji. Sabrina Servanty, wraz z grupą naukowców porównywała rozmnażanie się dzików w departamencie Haute Marne z obszarem w Pirenejach, na którym rzadko odbywają się polowania. Renomowane pismo „Journal of Animal Ecology”  opublikowało wynik owych badań w 2009 roku: rozmnażanie się dzików zależy od dostępności pokarmu,a  także częstotliwości polowań. Na obszarach intensywnych polowań, dziki dużo szybciej osiągają dojrzałość płciową, bo już pod koniec pierwszego roku życia, a  ich średnia waga jest mniejsza. W miejscach, w których intensywnie poluje się na dziki, ich liczebność jest zdecydowanie większa, niż tam, gdzie tych polowań nie ma.Jednym zdaniem: im więcej polujemy, tym bardziej zwiększa się liczebność dzików

2. Norbert Happ – niemiecki znawca dzików, podobno również myśliwy, w swojej publikacji z 2002 roku mówi wyraźnie i dosadnie, że to sami myśliwi odpowiadają za eksplozję demograficzną dzików, bo mechanizmy samoregulacji, a także zachowania gatunku działają tym intensywniej, im więcej się poluje. Plaga dzików jest dziełem człowieka.

3. Prof. Josef Reichholf twierdzi, że jeśli jest zbyt dużo osobników w danej populacji, wtedy obniża się liczba urodzeń.  Teza o samoregulacji populacji dzikich zwierząt, która przytaczamy tutaj dość często, jak widać, ma solidne

4. Prof. Klaus Pohlmeyer, dyrektor Instytutu Badań nad Zwierzętami Łownymi Wyższej Szkoły Weterynaryjnej w Hanowerze, który wraz ze swoim zespołem przeprowadził pięcioletnie badania nad dzikami, […] stwierdził m.in., że tuczenie dzików kukurydzą powoduje, iż na każdy jajnik lochy przypada 6–7 komórek jajowych, zamiast normalnej liczby 4–5. Sprawia to, że potencjał rozrodczy takich loch jest znacznie większy. […] Z grubsza wielkości te odpowiadają danym uzyskanym w Polsce, m.in. przez prof. Fruzińskiego […]. Wiele się zmieniło w rozrodczości dzików. Według cytowanych badań niemieckich, obecnie już 60% loszek w wieku poniżej roku zostaje pokryta i nosi w sobie średnio 4,3 zarodka. Więcej też loch niż kiedyś po utracie całego miotu grzeje się ponownie i w środku lata wydaje na świat kolejne młode. […] Tytułem uzupełnienia […] w Polsce obserwujemy ostatnio rosnący udział loszek warchlakowatych w rozrodzie […]. [Te warchlaki] w wieku 6, 7 miesięcy osiągają dojrzałość płciową” („Brać Łowiecka” 2003, nr 11). Mówiąc krótko, na skutek dokarmiania: – obniżył się wiek dojrzałości do rozrodu wśród dzików; – zwiększyła się liczba młodych z jednej ciąży; – okres godowy dzików, który naturalnie wypada późną jesienią, rozciągnął się na prawie cały rok. Gdyby to ostatnie poważnie wziąć pod uwagę, to polowania na dziki zostałyby prawie sparaliżowane. Praktycznie przekłada się to na sytuację, w której legalne jest zabicie przelatka – loszki w wysoko zaawansowanej ciąży, nawet na dzień przed rozwiązaniem. Pęcherz płodowy z kilkoma martwymi pasiastymi warchlaczkami odciąga się w krzaki.’’

5. Ragnar Kinzelbach, zoolog z uniwersytetu w Rostock dowodzi, że polowanie jest zupełnie zbędne, a jeśli z niego zrezygnujemy, natura sama zacznie się regulować. Dopiero udział człowieka w tej regulacji zakłóca naturalne procesy i wprowadza fałszywe przekonanie o tym, że człowiek jest potrzebny, aby doprowadzić naturę do stanu równowagi.

10689651_675931879196224_7120321552398826720_n

Poprzez zaburzenie struktury wiekowej w dziczej populacji, myśliwi doprowadzili do problemu z jakim obecnie się borykamy. Jak to możliwe? Ano tak, dzik w naturze dożywa 25-40 lat, jeśli by mu na to pozwolić. Obecnie zaś, nie pozwala się im żyć dłużej, niż 5-7 lat. Populacja jest bardzo młoda, co powoduje „poczucie zagrożenia” – zwierzęta „wiedzą”, że „coś jest nie tak” – na tym polega samokontrola populacji. Nie tyle one, ile podświadoma natura, na zasadzie jakiej funkcjonują. Pobudza to do maksimum mechanizmy rozrodcze, bo skoro populacja osobnicza nie jest zróżnicowana, to jest słaba, należy więc mnożyć się na potęgę, by równowagę zachwianą przez   – wiedzącego lepiej – człowieka przywrócić. Zjawisko nie jest niczym niezwykłym, także u ludzi po 2 wojnie światowej w wielu krajach europy notowano wyż demograficzny. Dzicze życie wywrócone zostało do góry nogami przez myślistwo i człowieka. Dawniej prośne bywały starsze, dojrzałe lochy, one też rozmnażały się z najsilniejszym w okolicy odyńcem podczas huczki. Zbyt stare i zbyt młode na potomstwo, pełniły rolę tzw „ciotek” w dziczym stadzie, pomagając losze prowadzącej opiekować się i czuwać nad potomstwem. Czasami kilka dojrzałych loch łączyło się w większą grupę ze swoimi warchlakami, a towarzyszyły im lochy młodsze i wycinki z poprzednich miotów. Dziś utrzymanie tak dużych grup rodzinnych jest trudne z uwagi na ekspansję człowieka, łatwość zauważenia i wytropienia takiej watahy. Przez zaburzenie struktury wiekowej, dostęp do upraw modyfikowanej kukurydzy oraz dokarmianie, płodne i prośne bywają już bardzo młode lochy, w dodatku o każdej porze roku. Niegdyś huczka miała miejsce raz do roku. Aby nie być gołosłowną posłużę się cytatem z podręcznika łowieckiego o tytule „Łowiectwo dla leśników i myśliwych” T. Pasławskiego: Aczkolwiek zagadnienie wpływu struktury populacji dzików na nasilenie szkód w uprawach nie jest do końca wyjaśnione, to wydaje się że i tu NADMIERNE ODMŁODZENIE POPULACJI, a w szczególności nadmiar warchlaków jest niepożądane.   Właśnie w kontekście występowania szkód rolniczych napisano owo zdanie…

Myśliwi swoimi działaniami negują totalnie jeden z podstawowych czynników ograniczających liczebność dzikich zwierząt w naturze – ostre zimy. Choć ostatnio ich brak, za ciężką dla naszych zwierząt zimę, uważa się stałe temperatury na minusie rzędem -10, -20°C, przez dłuższy okres czasu, obarczone stale uzupełnianą pokrywą śnieżną. Kiedy ostatnio mieliśmy taką zimę? Jednak zimowe dokarmianie trwa zawsze… Oficjalnie by „pomóc zwierzętom przetrwać zimę”, nieoficjalnie po to by nie zmarnował się ani kęs dziczyzny. Bo padłe od czynników naturalnych zwierzę, to dla myśliwego czysta strata.  Przecież trzeba pomóc „biednemu zwierzęciu”, „na pewno bezduszny pseudeokolg chciałby żeby umarło z głodu! Oto ich prawdziwa twarz!” A może ekolog w pełni rozumie zależności zachodzące w przyrodzie i dziwi się, że temu samemu myśliwemu nie szkoda w zimowym czasie głodujący mięso i padlinożerców, którym bardzo pomógłby taki kawał mięcha. Ano nie szkoda, ba, zupełnie myśliwego nie obchodzą, jeśli nie są łowne lub trudniej je upolować.

11205518_675462805909798_6163006554086517877_n

Zgoda, że dorosły dzik ma niewielu wrogów naturalnych, choć ostatnio częściej polują na niego wilki, co oczywiście bardzo nie odpowiada myśliwym. Zgadnijmy dlaczego…tak, „zmarnowana” „moja” dziczyzna, którą to zabierają wilki, dodatkowo niepokój w łowisku, przez co zwierzęta stają się dużo bardziej czujne. Odnośnie wrogów naturalnych, co innego warchlaki na które połakomić się może ryś, wilk, czasem i lis, bielik i orzeł przedni, puchacz.  Atak tych mniejszych drapieżników wiąże się z ryzykiem, o ile kilkudniowego warchlaka orły są w stanie unieść, tak atak na starsze nie zawsze kończy się powodzeniem z powodu czujnej matki i ma na celu najpierw zabicie zwierzęcia, a potem powrót do padliny. Dawniej straty wśród warchlaków potrafiły sięgać nawet 50-70%, powiedzmy z siedmiu czy ośmiu przeżywały trzy.

Nie sposób pominąć i innych czynników, jak wpływ zmian w rolnictwie, wielkoobszarowe uprawy kukurydzy oraz łatwą adaptację dzików do przekształceń środowiska przez człowieka, jak i proces synantropizacji. Dlatego w naszych postulatach jak główny motyw działalności dla kół łowieckich promujemy zabezpieczanie takich upraw.

Pamiętać też należy o ekspansji człowieka – ochoczo budujemy kolejne osiedla w miejscach występowania dzikiej zwierzyny, a następnie rozdzieramy szaty nad zbuchtowanym trawnikiem, czy dzikami ciągnącymi do śmietników. Jest to więc wina nas wszystkich, nie tylko łowiectwa, które stwarza problem, lecz i całego gatunku homo sapiens, którego motto zdaje się brzmieć „rozmnożyć się, zwiększać swą liczebność za wszelką cenę”. Choć poza wdrukowanymi od dzieciństwa społecznymi oczekiwaniami i biologią naszego gatunku, nie ma ku temu żadnego uzasadnienia… Ale to już zupełnie inny temat.

10410268_661728263949919_8946808630899793177_n

Są na świecie miejsca, w  których obowiązuje całkowity zakaz polowań. Włoskie parki narodowe, grecka wyspa Tilos, szwajcarskie parki narodowe… tam nie ma żadnej nadpopulacji. Dlaczego jest u nas pomimo tak okrutnych odstrzałów dzika? Prosty wniosek: polowania nie zmniejszają liczebności, a wręcz przeciwnie. Ale kto by się tam dzikami przejmował, trafiłam ostatnio na rozmowę pod zdjęciem dzika na jednej z łowieckich grup. Wymowny komentarz: mały, mógł jeszcze podrosnąć, ale dzik to dzik, gratulacje.

Na koniec cytat z forum łowieckiego: ..na bakier z etyką według zasady nie strzelaj do tego z czego nie będziesz miał pożytku albo ten pożytek będzie tak niewielki ,że należy się zastanowić po co ci to było – czyli, każde działanie wartosci korzysci, jakie ze sobą niesie. Smutne.

Tematy pokrewne, lektura uzupełniająca : Jak gospodarka łowiecka prowadzi do strat w rolnictwie , oraz Wpływ łowiectwa na zwiększoną liczebność lisów

Literatura:

Servanty et alii, Journal of Animal Ecology, 2009)

Jägerzeitung „Wild und Hund”, 23/2002

Süddeutsche Zeitung, 28.01.2009

Süddeutsche Zeitung, 28.01.2009

http://www.peta2.com/blog/hunting-facts/

”Farba znaczy krew” , Zenon Kruczyński 2008

Brać Łowiecka” 2003, nr 11

T.Pasławski ”Łowiectwo dla leśników i myśliwych”

13578450_901589999951830_118098805_n

Zazdrość u myśliwych. Z prasy łowieckiej

reeerewrq

Wielu z czytelników pamięta pewnie ten moment, kiedy to opublikowaliśmy szeroki raport odnośnie przestępstw i nadużyć PZŁ inspirowany wątkami z felietonów Dziennika Łowieckiego. Jaki wtedy był lament, na naszą stronę zaglądali myśliwi próbujący pisać o koleżeństwie, „etyce” i tradycji swego grona. Do przeczytania tutaj Przestępstwa, nadużycia i patologia w PZŁ

Granice śmieszności tego środowiska zostały dawno przekroczone, jeśli weźmiemy pod uwagę choćby niedawny incydent powołania przez władze PZŁ osobnego zespołu rzeczników od poprawy wizerunku, który to przecież jest nieskalany , jak i sytuacji kiedy na naszej stronie próbują gardłować w obronie łowiectwa, a podczas nasiadówek w gronie własnym na swoich forach i grupach wylewają szczere żale odnośnie rzeczywistej sytuacji, kiedy są pewni że nikt inny tego nie przeczyta. Do obejrzenia tutaj Myśliwi o łowiectwie .

W marcowym numerze Gazety Łowieckiej Sławomir Pawlikowski, rzecz jasna myśliwy opisuje jak to w łowieckim związku bywa miło na łamach swojego felietonu. A więc zacytujmy nieco:

Obserwując zachowania wielu członków naszego Związku, muszę stwierdzić,że wielu pojęcie obiektywizmu jest zupełnie obce– Cóż,to zdążyliśmy dawno już zauważyć…

rereeee

I dalej:

Głównym tematem moich dzisiejszych rozważań jest jednak zazdrość, która zżera nasze szeregi od wewnątrz, jak nowotwór szczególnie złośliwy. Przykładów mógłbym podać tutaj pewnie setki, ale skupię się na zarysowaniu tematu. Zadaniem nas wszystkich jest praca na chwałę PZŁ. – Brzmi już trochę sekciarsko… zawsze myślałem, że myśliwi mają pracować na rzecz „dobrostanu zwierzyny” No, ale widać, to oficjalna wersja. Jak to szło? Etyka, koleżeństwo, braterstwo i szlachetność ;).

r eee

Inny fragment:

Są jeszcze „działacze”, którzy nadal traktują swoje Koła jako źródło utrzymania. Spotkałem się z takimi osobnikami, którzy twierdzą, że muszą strzelić tyle zwierzyny, by w sezonie za „strzałowe” wróciły się im składki do PZŁ.

Dalej autor pyta retorycznie:

Czy naprawdę zazdrość stała się naszą narodową przywarą? Patrząc na łowieckie szeregi, myślę, że jest w tym sporo prawdy.

I drugie pytanie: Dlaczego zieloni mają przewagę nad nami? Może dlatego,że piszą prawdę bez owijania w bawełnę?

I fragment który rozbawił mnie najbardziej: Czasem zazdrość jest powodowana takimi przyziemnymi sprawami jak lepsza broń, czy lepszy ubiór u „żółtodzioba”. Bo „działacze” ubierają się najczęściej w gumofilce oraz odzież z PRL- owskiego demobilu. No biedni wy…

fdgddf

Daruję sobie komentarz, bo to nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy w łowieckiej prasie, książkach czy forach internetowych prowadzonych przez myśliwych znajdujemy potwierdzenie tego, co o łowiectwie głosimy. W zasadzie od jakiegoś czasu używamy tylko takich materiałów cytując je po prostu. Zastanawia nas tylko jedno, czy wobec autora cytowanego felietonu sztab rzeczników PZŁ od „dobrej zmiany”, także będzie wyciągał konsekwencje za „szkalowanie dobrego imienia łowiectwa”? 🙂

Całość felietonu do przeczytania tutaj:
http://www.gazetalowiecka.com.pl/GL/201603/paw/index.html

Myślistwo i mity łowieckie

Przyszedł czas na trójkę. Na prośby znajomych i przyjaciół, długo co prawda oczekiwany, ale jest. Wiele osób, nie tylko myśliwych ale i osób zwyczajnych , które coś tam o łowiectwie z propagandy zasłyszały, zagląda na stronę Nie podaję ręki myśliwym i myśli sobie, że założyła ją grupka ekologów-oszołomów co to nie mają pojęcia na czym polega gospodarka łowiecka / leśna, a tylko krzyczą przeciw zabijaniu. Że z miasta nosa nie wytknęli przez życie i się mądrzą, bo „zabijanie jest be”. Kto chce z oponentów może w to wierzyć, jednak podstawą naszej działalności jest dokładna znajomość obu gospodarek i mimo to nie zgadzanie się ze sposobem jej prowadzenia. Teraz wiadomo, choć trudno zrozumieć? Mamy na te sprawy zupełnie inny pogląd po prostu. Cieszę się, że to wyjaśnione, a co kwestii miejskiej…Tylko jeden z administratorów mieszka w małym miasteczku, pozostała reszta to wiocha i słoma z butów.  Dla mnie osobiście aspekt zabijania jest motywem pobocznym, bardziej natomiast zajmują mnie absurdy gospodarki łowieckiej i sposób jej prowadzenia.

72

Gospodarka leśna, w skrócie.
Ludzie, a zwłaszcza rozmaici mędrkowie dostają napadów śmiechu kiedy cytuję, że „ochrona zwierząt poprzez strzelanie jest dla mnie tak samo nie przekonująca jak ochrona lasu poprzez wyrąb”. Co za oszołom, nie ma pojęcia na czym polega racjonalna gospodarka leśna :)! I tu bym polemizował , ponieważ musimy przyjrzeć się na czym w istocie to polega. Musimy wiedzieć, że leśniczy tak samo jak myśliwy nie zajmuje się lasem z miłości do niego, by wszystko rosło w zdrowiu ku słońcu, a po to by nim gospodarować i pozyskać drewno. W skrócie eksploatacja. „Pozyskać”… brzmi znajomo prawda? Dlatego też drzewa wycina, gdyż do tego były przeznaczone, lasy w Polsce są w dużej mierze lasami gospodarczymi ,w których zwierzęta znajdują ostoję zupełnie niepotrzebnie według niektórych osób, które postrzegają je tylko przez pryzmat szkodników. A to coś zgryzą z młodych sadzonek, to stratują ogrodzenie, inne przeryją szkółkę. Do diabła z takimi zwierzętami, nie mogłyby się jakoś zachować w naszym gospodarczym lesie? Tutaj dotykamy aspektu psychologicznego, czyli podejścia jakie te osoby reprezentują, a jest to podejście rabunkowo-roszczeniowe. Liczy się zysk ze sprzedaży drewna i tyle. Tak to funkcjonuje i na tym polega, więc mamy się zamknąć i siedzieć cicho. Inną sprawą jest, że w założeniach gospodarki leśnej przecinki stanowić mają ożywienie lasu i zrobienie miejsca, pod nowe drzewa. Sadzone są gatunki szybko rosnące, świerk, sosna. Czasem gatunki liściaste, jeżeli las nie jest gospodarczym a parkiem narodowym lub krajobrazowym, wtedy dba się o jako taką różnorodność. Perspektywa jest taka, człowiek musi mieć drewno do spożytkowania dla przemysłu w ciągu kilkudziesięciu lat, natomiast gdyby pozwolić lasowi zarastać po swojemu przyrost trwałby setki. Na to oczywiście nie można sobie pozwolić i choć się z tym nie zgadzam, mimo, że hipokrytycznie siedzę teraz przy drewnianym biurku którego nie kupiłem to…. mogę się tylko nie zgadzać:).

Gospodarka naturalna?
Puszcza Białowieska – ostatni zachowany fragment pierwotnych lasów w Europie, powinien być wzorem dla wszystkich tych którzy propagują tylko rabunkową eksploatację środowiska, racjonalne gospodarki etc. W sercu Puszczy nie prowadzi się wycinek, nie usuwa martwych drzew, w których często rozwijają się kolonie larw „szkodliwych” owadów dla drzew, np. brudnicy mniszki. Wszystko gnije, rozkłada się powoli, rośnie jedno na drugim. Mimo braku większośći prac pielęgnacyjnych las nie ginie, a rozwija się i ma zupełnie dobrze. Klimat takiego lasu, jakże inny od gospodarczych martwych monokultur do których przywykły nasze oczy. Tętno pierwotnej puszczy.  Ja uważam, że w przyrodzie nie ma pojęcia takiego jak szkodnik, a tak zwane gradacje owadów czy gryzoni są szansą i wręcz łaskawym darem losu dla innych zwierząt. Z owadów nocnych skorzystają leśne nietoperze i niektóre ptaki, np. lelek kozodój. Dzięki obfitości pokarmu mogą odchować więcej młodych czy wyprowadzić więcej lęgów. Z gryzoni skorzystają lisy, kuny, łasice, sowy itd. Tak naprawdę nie do końca wiadomo, co rządzi gradacjami owadów i gryzoni, ale jedno jest pewne – to zbawienny mechanizm samozachowawczy przyrody dzięki któremu sporo gatunków możemy jeszcze oglądać w obecnej liczebności. W perspektywie czasu, nawet po ostrych wysypach rozmaitych „szkodników” las tak czy siak się samoistnie odrodzi. Jednak, nie za naszego życia. I to jest motorem błędnych pochopnych działań na rzecz „ochrony”, bez zrozumienia przyrody i praw nią rządzących. Człowiek chce widzieć efekt, tu i teraz, natychmiast, jeszcze za swojego życia. I dlatego często, w naszych założeniach przegrywamy. Od 2011 roku w otulinie Puszczy Białowieskiej nie można polować i „pozyskiwać” zwierząt, mimo to ciężko, by mówić o jakimś nadmiarze. Wcześniej nie można też było polować w głębi Puszczy. Oczywiście myśliwi powiedzą, że zwierzęta wędrują i migrują poza teren puszczy i wtedy i tak są odstrzeliwane. Być może tak jest, ale na pewno nie dotyczy większej ilości urodzonych w Puszczy zwierząt.

11219153_677706025685476_6505355177537364540_n

Synantropizacja.
Wiele osób, oderwanych od rzeczywistości psioczy i lamentuje, próbuje straszyć, że co to teraz będzie! Lisy biegają po osiedlu, dziki grzebią po śmietnikach czas zwierzęcej apokalipsy blisko! Zjawisko nosi nazwę jak wyżej w nagłówku i będzie się nasilać. Zwierzęta, by przetrwać są zmuszone uczyć żyć w naszym cieniu i bardzo dobrze im to wychodzi. Są zmuszone, skracać dystans ucieczki, z powodu wszechobecnych hałasów. Gdyby chciały reagować według dawnych norm, musiałyby oszalałe non stop uciekać. Nie raz obserwowałem z traktora sarny, które nie tylko nie bały się hałasu silnika, a spokojnie żerowały na skraju śródpolnego zadrzewienia spoglądając ciekawie. Są przyzwyczajone do tego widoku i prac rolniczych, jeśli ciągnik wjeżdża na pole spokojne oddalają się. Nawet płochliwe  drapieżniki jakimi są w wilki są widywane w Polsce w ciągu dnia. Nie dlatego, że na nas polują, po prostu w obecnym świecie, przy naszej liczebności ciężko jest pozostawać cały czas w ukryciu i nie napotykać człowieka. Czy to tak trudno zrozumieć? Myśliwi zdaje się nie rozumieją, że czasy kiedy zwierzęta żyły w rozległych dziewiczych puszczach minęły. Tego już nie ma. I zamiast tego powinniśmy nauczyć się żyć w harmonii z dzikim zwierzętami, jest to proces z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Inna droga, według myśliwych to oczywiście notoryczny odstrzał i prześladowanie. U nas pół biedy, ale w innych częściach świata są drapieżniki zagrażające człowiekowi. Te trzeba będzie trzymać na dystans. Zamiast naturalnego wydawało by się zrozumienia dla sytuacji zwierząt którym zabraliśmy przestrzeń życiową, myśliwi czują agresję. To uraża ich „godność” kiedy lis myszkuje po osiedlu a sarny czy daniele pasą się spokojnie. Głośna sprawa danieli z Grudziądza, które pasły się w lasach podmiejskich nikomu nie wadząc, ku uciesze mieszkańców. Komentarze myśliwych: Sk…ny nic się nie boją nawet!

10440293_10153077737550351_7511662705617870715_n

Czy sławny żubr Pyra. Wiele osób bało się tego zwierzęcia, jednak był zupełnie nieagresywny i nie napastliwy. Po prostu sobie był i tym samym bardzo przeszkadzał, bo i komuś tam parę jabłek zżarł. Nie mówię, że to normalne, by żubry chodziły po ulicach wsi, inne osoby z kolei opisywały spotkanie z Pyrą jako niesamowite emocjonujące przeżycie. I to jest zdrowe podejście uważam.  Natomiast ulubionym argumentem myśliwych i pseudoznawców zagadnień łowiectwa jest:

Locha młodymi! Bardzo groźna. gdby nie myśliwi to nikt z was zas*anych ekozj*bów do domu wieczorem nie dotarł!
PHm no cóż. O dzikach coś mogę powiedzieć. I owo „coś” to 90% więcej niż każdy z nich na ten temat wie. Skąd wziął się mit groźnego dzika? Pierwsze, tryb życia. Dzik z uwagi na w przeważającej mierze nocny i skryty tryb życia jest zwierzęciem, którego zwyczaje mało są znane dla ogółu. Ponura sława dzięki jednemu głupiemu wierszowi. Już te dwie rzeczy dają dobry grunt do dalszej manipulacji i ogłupiania, co myśliwi skrzętnie wykorzystują. Jak się mają do tego zachowania lochy? Pierwsze, cechy osobnicze. Trafią się osobniki, które szarżują na wszystko co się zbliży, ale to ułamek procenta w całości. Czynnikiem wywołującym rozdrażnienie lochy jest pisk przestraszonego warchlaka. Dlatego do nich nie zbliżać się pod żadnym pozorem. Drugim z kolei, jeśli jesteśmy z psem. W żadnym wypadku nie należy psa szczuć czy zachęcać do szczekania, trzeba to powściągnąć. Nic jak szczekający pies bardziej nie rozdrażnia dzika. Oczywiście sytuacja może różnie się rozwinąć i jeśli nastąpi szarża dla własnego bezpieczeństwa należy puścić psa wolno, a samemu salwować się na najbliższe drzewo. Pies, nawet domowy „przydupas” sobie wtedy poradzi, odciągnie uwagę dzika od nas i zgubi gdzieś w krzakach.  Jest to oczywiście ten najgorszy scenariusz i każda osoba która nie traktuje dzików za pomocą psów i strzelby potwierdzi, że bywa zupełnie inaczej. Z moich doświadczeń, spotkałem lochę z młodymi kilkadziesiąt razy i na te wszystkie sytuacje wolała uciec z młodymi czy się oddalić nie atakując. Jedyny raz kiedy zostałem zaatakowany to kiedy zachciało mi się podchodzić samicę z młodymi. Loszka wyprawiła gdzieś podrośnięte już dziczki, sama natomiast zaczekała na mnie w gęstwinie. Jakby celowo… a dalej… to już było wesoło:) Przeżyłem. Jest to jedyny raz kiedy zostałem przez lochę pognany z własnej winy, więc jeśli myśliwi wmawiają wam swoje strachy na temat dzików, nie wierzcie. Sam podczas pierwszych lat obserwacji czy pilnowania pola, bałem się panicznie, jednak nigdy nie dostałem od tych zwierząt potwierdzenia, by lęk był uzasadniony. Zawsze schodziły mi z drogi, wystarczyło się poruszyć, zaszeleścić ubraniem, smarknąć. Są to zwierzęta bardzo czujne i płochliwe, ale też ciekawskie. Parę razy zdarzyło się, że rozmawiając przez telefon, grupa dzików podchodziła do mnie zaciekawiona słysząc głos, mimo że celowo rozmawiałem coraz głośniej, by je odstraszyć, to tylko jakby bardziej je przyciągało. Winne jest nie zwierzę a najczęściej ludzka głupota.

Musimy pamiętać, że myśliwi swoje obcowanie z tymi zwierzętami zawężają zazwyczaj do prześladowania ich – czy podczas polowania z nagonką, wypłaszaniem z psami, postrzałami, strachem. Ranne zwierzę zrobi wszystko aby się ratować, a gdy nie ma wyjścia rzuci się na swego prześladowcę – psa lub człowieka. W najlepszym przypadku kończy się poturbowaniem czy szyciem. Myśliwskie fora pełne są takich strasznych opowieści, które próbują przenosić na dalszy grunt. Zapominają, że sami są sprawcami agresywnego zachowania przerażonych zwierząt, które ranią i tropią.

11196229_679167692205976_2461724682517906324_n

Dziki w miastach
PZdarza się i takie coś. W poznaniu w pobliżu którego mieszkam grupa podrośniętych warchlaków odwiedzała regularnie śmietnisko. Ludzie bali się, ale zwierzęta nie reagowały nawet na szczekające psy spacerowiczów. Interweniowała policja i straż miejska, a dzicze odwiedziny zdarzały się regularnie. Znajomy który pomagał przy wyprowadzaniu ich z miasta mówił, że zwierzęta zachowywały się nad wyraz inteligentnie, jakby wiedziały, że nic im nie grozi. Nie były też agresywne. Przychodziły jakby po swoje i wystarczyło dać im kilkanaście minut pogrzebać przy kontenerach, by spokojnie jak trzoda chlewna dały się wyprowadzić z powrotem do lasu. Rzecz działa się przy trasie po której drugiej stronie jest las, a zaraz za drogą osiedla.

Co innego w przypadkach,kiedy pędzone podczas liczenia czy polowania zwierzęta, które unikały dotąd miasta znajdą się przypadkiem na jego terenie. Wtedy, przestraszone są rozjuszone i niebezpieczne.

Odyńce
Osobiście uważam, że odyńce potrafią być grozniejsze niż lochy, a to dlatego że są bardziej hm… jakby to powiedzieć… złośliwe. Mówię tu o naprawdę starych pojedynkach, dzisiaj już w zasadzie takie sztuki się nie zdarzają, ale! Dawniej bywało, że taki grasujący samotnik pogonił zbieraczy jagód w lesie, nie tylko przegnał ale i wyjadł z koszyków zebrane jagody i grzyby. Poturbował rowerzystę. Zwierzęta te w postaci dorosłej będąc w pełni sił nie mają naturalnych wrogów, a kiedy pokarmu pod dostatkiem rozpiera energia. I dopóki nie otrą się o polowanie , pewne siebie zachowanie pozostaje. W mojej okolicy był taki odyniec, nazywaliśmy go żartobliwie Albertem. Był ogromny i za pewne stary niż przeciętnie to bywa. W każdym razie głośne były przypadki dwa, kiedy Albert wychodził na mało uczęszczaną szosę i ani myślał zejść pojazdowi z drogi. Innym razem był to znajomy jadący rowerem który tak się podobną sytuacją przeraził, że nie wracał już tą samą drogą tylko prosił byśmy odwiezli go autem do domu:). Ja podejrzewam, że samiec ten był prawdopodobnie głuchy czy jakoś w tym kierunku upośledzony. Innym razem wracając z obserwacji  natknąłem się na niego na swoim polu. Mróz był duży -15, śnieg skrzypiał strasznie, musiał mnie doskonale słyszeć. Ominąć go nie było jak, znalazłbym się na otwartym polu w razie co, bez szans. Poczekałem 10 min. aż skończy sobie ryć, jednak nie miał zamiaru. No to petarda, jedna odpalam, buch. Zero reakcji. Myślę co jest? Druga, bum. Nic. Dopiero po trzeciej niechętnie wolnym truchtem, gniewnie fukając oddalił się. Nie spotkałem się nigdy z taką reakcją dzika, czujnego przecież na najmniejszy szelest, stąd moja teoria o głuchocie, częściowej przynajmniej.

10410268_661728263949919_8946808630899793177_n

Wilk selekcjoner?
Myśliwi bardzo chełpią się swoją znajomością przyrody , co przejawia się bardzo często powtarzanym sloganem: Obecnie nie ma drapieżników dla regulowania liczebności zwierzyny, ja zastępuję to brakującego ogniwo!  I w tym właśnie niepozornym zdaniu przejawia się wiedza o przyrodzie naszych myśliwych, a raczej jej brak. Bo gdyby jak deklarują znali zależności w niej zachodzące, wiedzieli by, że rolą żadnego drapieżnika nie jest ograniczanie liczebności – zwyczajnie wobec ogromnej przewagi liczebnej swoich ofiar nie były nigdy w stanie tego dokonać. One są i istnieją, my tylko przypisujemy ich działaniu własne interpretacje. One natomiast zainteresowane są tylko własnym przetrwaniem, nie regulowaniem liczebności zwierząt. W naszej rodzimej faunie wilkom i rysiom możemy przypisać rolę co najwyżej delikatnego selekcjonera, który to wyszuka (a jest w tym perfekcyjny) sztukę słabszą, chorą, czy zwyczajnie mniej sprawną. Wilk ma do dyspozycji węch co umożliwia mu określenie po zapachu osobnika na cokolwiek chorego,czego nie widać gołym okiem.  Zrobi to na pewno lepiej niż jakikolwiek myśliwy. I tutaj dotykamy mitu odstrzału selekcyjnego o czym często trąbię, po prostu aby rozpoznać chore zwierzę trzeba je tropić i podchodzić, obserwować w pełnym świetle i jeśli wyraźnie nie utyka czy nie kuleje, sierść jest normalna, tak naprawdę nie ma szans tego stwierdzić. A na polowaniach zbiorowych strzela się do wszystkiego co wyskoczy podczas pędzenia, w ciągu kilku sekund nie ma zatem możliwości oceny czegokolwiek, a każdy chce coś na takim polowaniu zdobyć. Takie polowania to zwyczajna jatka, niebywała ingerencja w spokój zwierząt zamieszkujących, przez kilka dni czy tydzień las jest jakby wymarły. No i niebezpieczeństwo, nie raz i nie dwa zdarzało się że przerażone zwierzęta wybiegały na dzielącą las jezdnię pod samochody. Jedyne co trzeba przyznać, to że atakowane przez wilka zwierzę szybko nie ginie i lekkiej śmierci nie ma, najpierw jest ucieczka do wyczerpania, potem zależnie od przeciwnika pojedyncze lub grupowe ataki gdzie ofiara wykrwawia i osłabia się powoli. Zwierzę na pewno jest przerażone i cierpi… no, co nie usprawiedliwia przecież alternatywy mordowania ze strzelbą. Myśliwi boją się że gdyby nie oni, to zwierzęta nadmiernie się rozmnożą. Zadają się być głusi i ślepi na podstawowe prawo przyrody które mówi , że zwierząt zawsze będzie w środowisku tyle ile będzie dla nich dostępnego pokarmu i siedlisk.  I kropka. Co jest tutaj niezrozumiałego? Nie ma nad czym dyskutować. Niepotrzebny żaden drapieżnik, gdyż żaden gatunek nie rozmnoży się ponad dostępność dla niego zasobów. A za regulację populacji odpowiadają przede wszystkim choroby, warunki pogodowe, brak dostępności pokarmu i siedlisk. Drapieżniki to tylko kwiatek do kożucha. Próbują myśliwi brać wtedy na litość, odwracać kota ogonem: To co, ma zwierzę zdychać z głodu? Na pewno bardzo przejmuje się tym osoba, która wpierw dokarmia potem zabija, której pasją jest zabijanie , dręczenie zwierząt podczas konkursów norowań, szczucie psami na polowaniu. Wobec tego mówię za siebie – tak, ma zdychać. To naturalne w przyrodzie, że jedne zwierzęta zdychają z głodu, inne ze starości inne w paszczy drapieżnika. Głodujące dzieci już nie obchodzą myśliwych? Umierające z głodu przez ich „lubię mięso”, ponieważ jak wiemy produkcja mięsa jest na tyle nieopłacalna w ogólnej skali, że jest główną przyczyną głodu na świecie. No i tony marchwi, ziemniaków, buraków których dzikie zwierzęta nie potrzebują, a można by to spożytkować na pokarm dla ludzi. A pisklaki, które w lesie wypadną po gwałtownej burzy z gniazda? Nic w tym nie ma dziwnego i niestosownego. Tutaj nagle nasi myśliwi dostają zastrzyku wrażliwości na krzywdę zwierząt, cóż odpowiemy? Żenada.

10991239_900459006640921_1825237417795379489_n

Odstrzał sanitarny
Bardzo lubią się tym chwalić myśliwi. Ma to być szlachetne ”ratowanie” zwierząt chorych lub potrąconych w wypadkach łaskawym strzałem w głowę, natomiast w praktyce wyglądało to niejednokrotnie tak, że panowie marudzili z przyjazdem, odsyłali do weterynarza, policji. Sprawdziłem o co chodzi i jeden myśliwy powiedział mi: Szkoda paliwa i naboju, jak zwierzę chore to jeszcze trzeba je zutylizować na własny koszt, bo na mięso przecież nie można.  No to już wszystko wiem…
Co ciekawe u niektórych myśliwych powszechne jest dobijanie zwierząt nożem, choć jest to nieco ryzykowne i robią to dla zaoszczędzenia naboju. Inni z kolei dobijają tylko strzałem, bo „próbowali nożem i miał potem wyrzuty sumienia”. Pomieszanie z poplątaniem, ale zawsze powtarzam, że na trzeźwo ciężko zrozumieć co w ich „logice” siedzi. 

Czarny zwierz
W naszym kraju dorosłe dziki nie mają w zasadzie wrogów naturalnych. Co innego warchlaki na które połakomić się może ryś, wilk, czasem i lis, bielik i orzeł przedni, puchacz. Atak tych mniejszych drapieżników wiąże się z ryzykiem, o ile kilkudniowego warchlaka orły są w stanie unieść, tak atak na starsze nie zawsze kończy się powodzeniem z powodu czujnej matki i ma na celu najpierw zabicie zwierzęcia, a potem powrót do padliny. Dawniej straty wśród warchlaków potrafiły sięgać nawet 50-70% powiedzmy z siedmiu czy ośmiu przeżywały trzy. Dziki aby zapobiec takim stratom łączyły się w grupy (same lochy, w kupie siła), aby zwiększyć szanse przetrwania dla potomstwa, czyli np. 2-3 karmiące lochy plus jedna lub dwie stare bez potomstwa, często związane jakoś rodzinnie. To dawało większe szanse przetrwania dla młodych, pamiętajmy, że zwierzę też się musi wyspać co w przypadku jednej matki jest bardzo ryzykowne. W takich układach miały możliwość pilnować na zmianę. Czarnego zwierza i ryś i wilk zawsze zostawiały sobie na „czarną godzinę”. Kiedy nic innego nie było w zasięgu do upolowania, a dokuczliwy głód dyktował działanie sprzeczne z doświadczeniem. Czarny zwierz walczy, a gruba twarda pokryta zlepami błota i innych paskudztw szczecina nie ułatwia dostępu do życiodajnych arterii z krwią, nie wystarczy przegryźć gardła jak sarnie. Idąca zimą przez śnieg wataha dzików wydziela ostry odór potu i własnego zapachu wyczuwalny nawet dla człowieka. W środku znajdują miejsce lochy z przelatkami, prowadzi locha lub stary odyniec, który normalnie buszuje samemu, ale bywa, że podczas bardzo srogich zim dołącza do watahy i „dowodzi”.  Całość stada w przypadku zagrożenia otaczają przede wszystkim samce, które też pomagają prowodyrowi przebijać się przez zaspy, czasem go zmieniają. Ofiarami wilków padają wtedy sztuki idące w „tylnej straży”, jeśli śnieg głęboki i przymarznięty ułatwia sprawę wilkom, które poruszają się na powierzchni i są mobilniejsze. Wybierana jest jedna sztuka która jest osaczana, a następnie atakowana ze wszystkich stron, aby uniemożliwić szarżę. Wilki podgryzają nogi, by przeciąć ścięgna ofiary. Kiedy to się uda w dwóch nogach, w zasadzie „pozamiatane”. Dzik okręca się wtedy jedynie w miejscu, kłapie zębami i jest stopniowo przez wilki dogryzany . Stado często idzie wtedy w rozsypkę, jeśli prowodyr nie potrafi zdyscyplinować pozostałych. W takich przypadkach dziki zdaje się jakby rozumiały że trzeba oddać wilkom należną daninę i nie próbują bronić umierających towarzyszy. Zdarzały się natomiast przypadki… podjadania braci.

Ryś poluje na dzika naprawdę w ostateczności, najczęściej ucieka się do zabicia warchlaka i ucieczki z nim na drzewo. Atakuje skacząc z grubej gałęzi, zaczajając się przy szlakach przemarszu zwierząt. Przy skoku na dzika taktyką jest oślepienie, natomiast dzik ratuje się wtedy ucieczką w gęstwinę, by strącić napastnika lub jeśli jest „kumaty” przewraca się, co grozi połamaniem żeber rysia.  W sumie nie wiem po co się na ten temat rozpisałem, ale niech tam. Będzie czytelnik coś wiedział :). Ale co chciałem powiedzieć, wiele osób uważa, że dzików jest za dużo. Ponieważ nie ma naturalnych wrogów. Hm, w takim razie można by stwierdzić że dzików zawsze było w Polsce „za dużo” gdyż drapieżniki unikały polowań na nie wybierając sarny. Kontynuacja myśli będzie poniżej.

11206073_679222212200524_4222526049728151956_n 

Nieudolna racjonalna gospodarka łowiecka
Owo magiczne i tajemnicze słowo , którym myśliwi próbują kończyć wszelką dyskusję bo przecież ekoterroryści  i ci „nawiedzeni zieloni” nie mają o niej żadnego pojęcia. Nie wiem tak naprawdę, co jest do pojmowania w sporządzanych rocznych planach pozyskania zwierzyny, jej dokarmianiu, odstrzału. Powiem tak, za teoriami panów myśliwych stoi owe niecałe 50 lat prowadzenia tej nieudolnej gospodarki , bo za PRL możemy mówić o co najwyżej rabunkowej. Za teoriami ekologów stoją natomiast setki tysięcy lat, jeśli nie miliony prawideł które od zarania rządzą przyrodą. Myślistwo nie jest dzisiaj niczym innym, jak dogadzaniem pierwotnym atawizmom i zaspokajaniem próżniaczego ego, z dorabianiem ideologii o ochronie przyrody.  Pamiętamy przecież tą ochronę , kiedy ekolodzy alarmowali w latach 80. o drastycznym spadku liczebności głuszca, panowie wtedy wyśmiewali się i wiedzieli wszystko lepiej. Koła łowieckie zawyżały w danych liczebność i zezwalały sobie na odstrzał tych ptaków. Dziś kiedy dzięki ich ignorancji i głupocie sytuacja głuszca jest tragiczna, panowie chełpią się, że założyli Fundację Ochrony Głuszca. Można to skwitować jako najwyżej ponury żart historii, ot grzesznik odprawia pokutę.  

Dla myśliwych każde zwierzę to szkodnik.  Takie odnoszę wrażenie po dyskusjach z nimi. Po kolei. Sarna? Zgryza oziminy, korę z młodych drzewek, szkodnik. Zając to samo. Królik? Dokładnie, parszywy szkodnik, zgryzający korę w sadach, uprawy warzywne. Lis? No bój się Boga ekooszołomie, jak możesz pytać! Wynosi kury, łapie myszy (których liczebność ograniczają przecież myśliwi :P), ptactwo, do gazu z nim (Myśliwi na swoich stronach komentując często żałują że nie można zrobić tego z ekologami)! Jeleń? No ten to już potrafi cały las wyżreć. Dzik? Jest ich za dużo! Wilk? Szkodnik, bo zmniejsza myśliwym udział w zabijaniu. Ryś? to samo. Szkodnikiem nie jest chyba tylko uwielbiany i hodowany przez nich bażant, wypuszczany, by można było na niego sobie zapolować.  W skrócie streściłem, jak po rozmowach z myśliwymi oceniam ich stosunek do zwierząt. Mam też wrażenie, że ich podejście do rzadszych gatunków jak wilk, ryś, łoś jest takie – nie mają prawa bytu, ponieważ mamy XXI wiek, nie ma wystarczającej ilości siedlisk, by ekosystem mógł sam funkcjonować. Zatem tylko my i nasze strzelby zadbamy o równowagę środowiska. Często lubią pytać na stronach antyłowieckich, co ekolog jeden z drugim zrobił dla przyrody sprzed komputerka. Ktoś napisał, że zrobił manicure sarnie i wyczesał dzikom szczecinę. Bo tak naprawdę za wiele robić nie trzeba poza drobnymi codziennymi wyborami, ale panowie przekonani o swej przydatności bo:

Zbudowali paśnik, by pomóc przetrwać zwierzynie (by móc ją potem zastrzelić). Coś mi się wydaje że te paśniki są argumentem do przetrwania nie zwierząt, a pseudomiłośników przyrody spod znaku PZŁ. Szlachetne dokarmianie sensem życia, a spróbujcie powiedzieć, że dokarmia się od niespełna 150 lat, a wcześniej dziesiątki tysięcy lat zwierzęta przetrwały bez tego. Co najwyżej w odpowiedzi usłyszycie, że nie macie pojęcia o myślistwie i gospodarce  łowieckiej:). I takim to argumentem można w zasadzie zakończyć dyskusję z każdym na dowolny temat. Dalej, buduje dla zwierzątek ambonę, żeby potem z niej strzelać.  I na tym w zasadzie kończą się „racjonalne” argumenty dla obrony łowiectwa, po więcej odsyłam do innych części:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/kilka-slow-o-lowiectwie/

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/lowiectwo-i-myslistwo-o-co-tu-chodzi/

ziemniaki

Rykowisko dla jeleni
Zastanawiam się, no kim trzeba być, żeby prześladować zwierzę w jego okresie rozrodczym, w jego własnym domu. To tak jakby zabijać nas ludzi na randce czy podczas uprawiania seksu, chciałby ktoś? A buce robią to w świetle prawa, tylko dla przeżyć polowania, bo przecież w łowiectwie chodzi o przeżywanie pewnych emocji, nie dajcie sobie wmówić, że nie. Emocjonujące może być szczucie psów na rannego dzika i patrzeć jak przegrane zwierzę próbuje bronić się. Walka zwierząt czy pies po szkoleniu poradzi sobie, oto co ich rajcuje. Robią to tylko po to, by zdobyć trofeum-poroże i zawiesić sobie na ścianie, ewentualnie zająć dobre miejsce w konkursie oceny poroża. Dorodne i równo rozgałęzione wieńce bardzo kręcą myśliwych , u jelenia symbol jego samczej siły, u myśliwego na ścianie co? Leczenie kompleksów, chyba. Normalny człowiek, dla przeżyć będzie wolał zobaczyć rogi u żywego jelenia podczas obserwacji.  Jak wygląda troska panów o przyrodę niech poświadczy wpis z jednego z ich forów, poniżej.

11407240_381991858656954_8601428404259949919_n1

Jak widać chodzi tylko o trofeum nad łóżkiem, myśliwy nie cieszy się z tego że zwierzę żyje, a z tego że nikt nie sprzątnął mu trofeum i ma szansę zdobyć…  Tutaj także próbują używać argumentu o gospodarce, ponieważ , jelenie w Polsce w sumie „hoduje się” dla poroża i rozrywek  polujących. Przez większość leśników uznawane są jako szkodniki, za zgryzione drzewka. Argumentują, że jeśli nie odstrzelą tej czy tej sztuki jelenia, to jego poroże wykazujące cechy wsteczniactwa, przekaże się w genach na kolejne pokolenia.  Argumentacja co najmniej dla debili, ponieważ u każdego jelenia w pewnym wieku poroże zacznie się uwsteczniać. Jest to najzupełniej normalne. A kto obserwował życie jeleni podczas rykowiska, ten wie że gdzieś dwóch się bije, tam trzeci korzysta. U jeleni to nasze ludzkie przysłowie często sprawdza się w życiu. Podczas gdy dorodne byki walczą i ścierają się,młodsze cichcem korzystają z obecności łań. Zapładnia więc często młodszy, tym samym argument o przekazywaniu najlepszych umiera śmiercią naturalną. Ciekawe czy panowie nie wiedzą o tym czy celowo mydlą oczy dla usprawiedliwienia swoich jatek ? I jakim prawem myśliwy ma decydować, który jeleń powinien już umrzeć? Prawda jest taka że zabijają tylko po to, by nie tracić poroża, te które wykazuje cechy wstecznictwa piękne już nie jest,a zatem po co w łowisku ma chodzić jeleń z takim porożem i „darmo żreć”. To jedyne o co chodzi w tzw. „selekcji”.

11062809_917557788264376_7509251637512106597_n

Myśliwy kontra kłusownik
Bardzo lubią sami myśliwi i osoby postronne wytykać: Może zajmijcie się kłusownictwem, to jest problem! Etyczny myśliwy a kłusownik to duża różnica! Bardzo się oburzają, dlaczego nie zajmiemy się kłusownikami. Doprawdy?  Dla nas myśliwy to to samo co kłusownik, tym gorszy, że morduje w świetle prawa i zabija znacznie więcej. Ale zestawmy kilka faktów, powodów dlaczego zabija myśliwy, a dlaczego robi to kłusownik.

Dawniej w latach przed i jeszcze powojennych, kłusownictwo było bardzo powszechne. Do tego stopnia, że bardziej, by pasowało na narodową tradycję niż samo myślistwo. Ale OK, dawniej kłusownikiem był każdy, kto zwyczajnie potrzebował czy chciał. Bywało, że taki osobnik wchodził w układ z lokalnym karczmarzem dostarczając na lewo dziczyznę, w zamian za naboje i… alkohol. Wnykarz zastawiał sidła, głównie z biedy, dla zdobycia mięsa i wyżywienia rodziny.  Nie ma co porównywać tego, że zwierzę dusi się we wnykach do śmierci od kuli, ponieważ myśliwi często pudłują albo szczują zwierzę psami. Jeden i drugi zabija, z tym, że kłusownik znacznie mniej niż myśliwy… Drugi natomiast zabija dla rozrywki, dla „regulacji populacji”. Są oczywiście wśród myśliwych i „mięsiarze”.  Dziś już nie ma chyba zbytnio możliwości sprzedania na lewo dziczyzny, kłusują więc na użytek własny, lub z przyzwyczajenia. Ot, ojciec zastawiał wnyki, zawsze u nas były to i ja będę… byle nie dać się złapać. W każdym razie bardziej jestem w stanie zrozumieć osobę która zabija sobie raz na jakiś czas z biedy i głodu, niż osobę która w świetle prawa, dla rogów „pozyskuje” dziesiątki czy setki sztuk z limitem.

Bezsensownie mordują – polowanie na gołębie grzywacze
Kolejny nie mający żadnego logicznego uzasadnienia aspekt łowiectwa w Polsce. O ile można ostro polemizować o konieczności odstrzelenia czasami lisa czy dzika, tak tutaj nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Ale po kolei. Grzywacze żadnych szkód rolnych nie wyrządzają, a jeśli już czymś pożywią się na polu można mówić o szkodzie minimalnie znikomej, wręcz niezauważalnej. W naszym kraju są średnio liczne. Ptaki te mogą jeść wszystko począwszy od nasion, liści, korzonków, płatków kwiatów kończąc na ich ulubionym owocu bluszczu. Są bardziej pożyteczne niż szkodliwe, zjadają gąsięnice i larwy szkodników. Posiadają też sporo wrogów naturalnych, polują na nie jastrząb gołębiarz, krogulec czy sokół wędrowny. Łączą się w pary na całe życie podobnie jak łabędzie czy gęsi, a stratę partnera bardzo przeżywają. U trzymanych w niewoli osobników obserwowano wyraźną apatię po odseparowaniu samicy. Ale wątpię, by myśliwych cokolwiek to obchodziło. Jak się poluje na te ptaki ? Normalnie myśliwym byłoby ciężko je upolować, uciekają się więc do metod ogłupiania i oszukiwania ptaków.

Pierwszy sposób – przy pomocy tzw. bałwanków, sztucznych ptaków imitujących żywe. Rozsypana karma i ustawia się wabiki.

Drugi sposób , przy pomocy tzw karuzeli, na której kręcą się sztuczne ptaki (tutaj można zobaczyć jak takie urządzenie wygląda: http://allegro.pl/karuzela-do-polowan-na-grzywacze-z-balwankami-i5226364698.html). Tak oto mający się za etycznych ludzie ogłupiają zwierzęta, by zabić dla przyjemności. Jak widać nie są to rzeczy tanie, podobnie jak reszta ekwipunku myśliwskiego. Można jeszcze polować z zasiadki i ukrycia, ale rzadko jest to praktykowane przy tych ptakach.

d016f971-fa86-36e2-6cb0-24fdd3367188

PO CO ?

Normalny człowiek, ornitolog zawodowy czy też amator pójdzie do lasu czy na skraj pola z lasem, tam najczęściej żerują te gołębie. Poobserwuje, porobi zdjęcia czy notatki i na tym koniec, jesteśmy zadowoleni. Każdy normalny, ale nie myśliwy. Jemu nie wystarczą normalne przeżycia wynikające z obserwacji czy przebywania na łonie natury, aby odczuć satysfakcję musi jeszcze dane zwierzę pozyskać czyli zamordować. Jest wtedy radość ze zdobyczy. Dalej pytam, w jakim celu ? Mięsa z tego niewiele, mimo iż można je zjadać. Trofeum też nie… uzasadnienie o regulacji odpada, o szkodach i wściekliznie też. Biorąc pod uwagę, ile wydają przeciętnie na swoje hobby, założyć można śmiało, że żaden z tych „ludzi” nie głoduje. A więc jak argumentują myśliwi: Ty nie rozumiesz, to są emocje, przeżycia podczas spędzania czasu w lesie, radość i satysfakcja ze zdobyczy, strzał to wszystko kończy! Jeszcze tradycja, pamiętamy nieodzowny argument. Nie ma krzty sensu w tym zdaniu, ale skoro strzał wszystko kończy, to może popatrz, zachwyć się, przeżyj , ale nie strzelaj? Czy do tego nie jesteś już może zdolny. Normalny człowiek tego nie zrozumie, bo większość z nas przeżywa i doświadcza przyrody zupełnie inaczej. Oni nazywają to „bambizmem” czy jakoś tak. OK. Ja myślę że każdy wyciągnie odpowiednie wnioski. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2015/10/31/bezsensownie-morduja-polowanie-na-golebie-grzywacze//

Stoją ponad prawem.
Ostatnio częste dyskusje między właścicielami psów a myśliwymi, którzy często zabijają zagubione zbłąkane psy lub zwyczajnie jeśli oddali się od właściciela czy też dla zabawy. Tłumaczą się tym, że pies w łowisku to szkodnik, a oni mają obowiązek, a właściciele nie powinni psa puszczać… już wiemy dobrze, kto jest największym szkodnikiem tej planety, ale w praktyce żaden myśliwy nie został jeszcze ukarany za zabójstwo psa bez powodu. Zazwyczaj argumentują, że musieli bronić się przed rodzinnym psem który w życiu nikogo nie ugryzł, a sąd daje temu wiarę czy też działa na korzyść oskarżonych (sędziowie często polują). Natomiast jaki absurd, myśliwy może puścić w lesie hordę psów, płoszyć zwierzęta i nic mu za to, robi to w świetle prawa. Ale do zabłąkanego psa już wielka pretensja i kula w nagrodę, pomimo, że myśliwy zabija ze 100 razy więcej. Czyli tak, zgraja psów myśliwskich puszczonych luzem może robić co chce ranić i płoszyć, straszyć zwierzęta, natomiast porzucony czy zbłąkany pies który próbował coś utłuc z głodu, to szkodnik zasługujący na śmierć. Panowie raczej powinni cieszyć się z takiego obrotu sprawy, przecież tak narzekają na brak drapieżników i biadolą, że muszą je zastępować… Znowu logika, a raczej obłuda myśliwych w pigułce.

11140023_675581419231270_7120809107710218734_n

Jak widać na załączonych obrazkach myśliwemu wolno puszczać w lesie psy luzem,straszyć i prześladować zwierzęta, jednak potrafią zastrzelić obcego psa przy właścicielu bo „płoszy zwierzęta”. Czego nie robi rozumiem rozszczekana zgraja psów myśliwskich w amoku.


Myśliwych w naszym kraju jest według statystyk 114 tys.  To może jest 1 % z 35-milionowego społeczeństwa. Lasy są dobrem ogólnym,własnością nas wszystkich. I ten 1% próbuje narzucać nam wszystkim swoją chorą wizję rozumienia przyrody, jak i ma ogromne pretensje, że reszta nie pieje z zachwytu nad ich jaskiniowym hobby… Mi by to dało do myślenia.

posokowce

11203168_675414175914661_673113720441054800_n

Ochrona pola
Nie wiem czy nie będzie to swego rodzaju bomba atomowa, która zrobi furorę ponieważ info jest naprawdę ciekawe. Gdyby nie myśliwi , to nikt z was wegetarian nie miał by co żreć, bo dziki by pola splądrowały! Uważasz, że dzik nie jest szkodnikiem, powiedz to samo w twarz rolnikom którym wataha przeorała całą uprawę! – Ulubione dwa argumenty myśliwych. Jeszcze ten o odszkodowaniach. Tak lubią troszczyć się o rolników, jednocześnie narzekając na konieczność wypłat odszkodowań. Sposobów na zabezpieczenie pola jest masa,w tym jeden znany wśród myśliwych, cytuję: Od czterech latach obserwuje na polach (…) pewien skuteczny, a zarazem tani sposób na odstraszanie zwierzyny. (…) Tym ciekawym rozwiązaniem jest niewidzialny płot zapachowy wykonany z ludzkich włosów,

I tutaj może całość wypowiedzi myśliwego na ten temat w screenie.

wc582osy-odstraszanie

I co państwo na to? A na stronach antymyśliwskich gęby wypełnione żalem na szkodniki i biednych rolników.  Pomijając tradycyjne metody takie jak pastuchy elektryczne i rozmaite straszaki, istnieje jak widać metoda którą myśliwi znają, jednak nie mówią o tym nikomu, bo przecież wygodniej jest wypłakiwać się ekologom, ile to odszkodowań muszą wypłacać, a swoje sadystyczne hobby usprawiedliwiać pomocą dla rolników. Ten jeden przykład , będący i tak kroplą w morzu pokazuje nam obłudę, hipokryzję i zakłamanie tego środowiska. W sposobie coś musi być, bo tak dziki mają bardzo czuły węch i unikają ludzi. Pewnego razu podczas „obchodu” zrobiłem siusiu w jednym miejscu. Niesmaczne, ale kto tak nie robi przyznać się.  Oddaliłem się od tego miejsca o 100 metrów , no i nocna obserwacja. W końcu idą 3 dziki. Dotarły do tego miejsca, obwąchały po czym zawróciły i poszły zupełnie inną drogą.
Komentarze samych myśliwych:

mysliwiwc582osy

Co do odszkodowań. Myśliwi tworzą prawo łowieckie. Dlaczego nie wprowadzą takich poprawek, by nie musieć ich wypłacać? Proste, bo wtedy upadnie argument o odszkodowaniach . A ułatwiło by to życie obu stronom. Rozwiązanie jest bardzo proste, należało by stworzyć fundusz, rodzaj ubezpieczenia które opłacałby sam zainteresowany i ubezpieczał uprawę tytułem szkód wyrządzanych przez zwierzęta. Ale lepiej psioczyć, dorabiać sobie gębę darczyńcy dla poszkodowanych etc. W takim powiedzmy wczesnym średniowieczu dzików było na pewno bardzo dużo, ludzie mieli także pola uprawne i pomimo braku zaawansowanej techniki potrafili sobie poradzić ,odstraszyć, ograniczyć szkody. Dziś wszystko bardzo wszystkim przeszkadza, a jedyne rozwiązania jakie widzą ludzie mający się za wszechwiedzących oraz inteligentnych do pokrzykiwanie „za dużo!, selekcja! ,odstrzał! ,eutanazja?” Pamiętajmy, że bycie myśliwym jest zupełnie dobrowolne, nikt nie zmusza do zajmowania się tym, co za tym idzie wpłacania składek – wkładu finansowego, tym samym wypłat odszkodowań. Nie pasuje? Zrezygnuj jeden z drugim.

Więcej na temat sposobów zabezpieczenia upraw do przeczytania w tym tekście:
Jak łowiectwo niszczy rolnictwo? 

Obłudnie kłamią – sprawa liczebności zajęcy
Niegdyś każdej wiosny dziesiątki szaraków ganiały się ze sobą na polach, samce walcząc ze sobą podczas tzw parkotów. Poźniej, z każdą dekadą można było obserwować spadek, aż dotrwaliśmy do czasów kiedy spotkać jednego graniczy z dużym szczęściem. Ekolodzy wtedy zwracali uwagę, myśliwi oczywiście śmiejąc się wiedzieli lepiej. Dziś szczycą się tym, że reintrodukują zająca do siedlisk. I bynajmniej nie robią tego z dobroci serca, lecz po to gdy tylko stwierdzą „nadwyżkę” o kilka sztuk czym prędzej je odstrzelić. Poluje się nadal , mimo że wszyscy zgodnie twierdzą zarówno ekolodzy i myśliwi że sytuacja zająca jest zła. Z tym, że to myśliwi dzierżą palmę pierwszeństwa w „ochronie” i jeżeli zdecydują się na odstrzał, to nikt im nic nie może zrobić. Moim zdaniem zając z listy zwierząt łownych powinien zostać skreślony na stałe już 10 lat temu, jeśli nie wcześniej. Po to mamy rozum żeby reagować, a przepisy można zmienić. Można też wycierać sobie gębę paplaniem o tradycji podczas gdy gatunki giną na naszych oczach.

pokot1

Na mizerny dzisiaj stan liczebny zająca złożyło się wiele czynników. Choroby, drapieżniki, chemizacja rolnictwa. I myśliwi chcieliby byśmy widzieli tylko tyle. Niestety, pamiętam też z opowiadań, że w latach 60. i 70. pokoty zajęcy szły w setkach, a martwych ładowane całe wozy. Zabijane były setki w każdym obwodzie,w skali kraju dziesiątki tysięcy lub więcej. I nikt mi nie powie, że taka rzeź nie miała wpływu na spadek liczebności. Zależność jest prosta, gdyby zajęcy wtedy nie trzebiono, dziś nie mielibyśmy problemu z jego tragiczną sytuacją, a o konieczności ochrony rozmawiałyby 300 lat pózniej nasze prawnuki. Być może do tego czasu zauważylibyśmy co się dzieje i wypracowali skuteczne metody ochrony. Nie ma co gdybać. O tym ile się zabijało piszą sami myśliwi na swoich forach  I najciekawsza logika panów, czyli winne są tylko drapieżniki, a ich własne trzebienie idące w setkach sztuk to już nie… Przypominam, że zwykły lis wyżywi się jednym zającem przez 2-3 dni i nie zawsze na nie poluje, wręcz bardzo rzadko z uwagi na czujność i szybkość zająca. I robi to dla własnego przetrwania. A człowiek-myśliwy? Dla radochy z polowania, bo przecież nie z głodu. Kilku myśliwych zabijało paręset zajęcy których do niczego nie potrzebowali w ciągu JEDNEGO polowania. Te same paręset zajęcy miało, by szansę mnożyć się i przetrwać, tym samym padając sporadycznie łupem wrogów naturalnych. Dla mnie to jest normalna i racjonalna gospodarka zasobami przyrody. Nikt mi nie powie, że te masowe zabijanie nie przyczyniło się do zachwiania ekosystemu i delikatnych zależności wśród zwierzyny drobnej. Pamiętajmy logikę – myśliwy zabił zająca, dobrze. Lis złapał, o co za szkodnik! Trzeba zabijać! I obecny dziś żal myśliwych nie wynika, żebyśmy dobrze rozumieli dlatego że równowaga w przyrodzie została przez nich zachwiana, a dlatego że nie ma na co polować.

Polscy myśliwi pozyskiwali (czytaj: strzelali) ok. 1 miliona zajęcy rocznie, a w szczytowym sezonie 1,3 mln.W latach 1970-1980 odławiano (corocznie!) ok 100 tyś. zajęcy na eksport do Włoch i Francji. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2015/10/31/klamstwa-mysliwych-sprawa-liczebnosci-zajecy/

Sami świadczą przeciw sobie, chcieliby zmydlić społeczeństwu oczy, że co złego w polskiej przyrodzie to nie my, my to tylko ochrona… na pewno do ochrony gatunku przyczyniły się pokoty idące w setkach sprzed lat. Jakie wtedy było uzasadnienie? Tradycja? Robią szkody, a może nie wyżywią się biedne? Czy sama satysfakcja z licznego pokotu, a z najdorodniejszych pasztet, bo przecież nie wszystkie spożytkowaliście, część było pozostawianych.

Teraz próbują wszystko zrzucić na choroby i chemizację rolnictwa. Komentarz kolegi po strzelbie mówi sam za siebie. Dla myśliwych zwierząt zawsze jest „za dużo”.

zajc485ce-lpm-2

Gdyby nie myśliwi to zwierzyna się zdegeneruje, bo zabijają TYLKO CHORE, SŁABE I UPOŚLEDZONE GENETYCZNIE OSOBNIKI!
Można by rzec – myślałem że nic już mnie nie zdziwi. Ale nie. Istnieją osoby które twierdzą że muszą zabijać bo jak nie to zwierzęta się ZDEGENERUJĄ. Pomijając absurd tego założenia,bo nie wyobrażam sobie rozpoznania w całkowitej ciemności osobnika ułomnego genetycznie,mamy na liście zwierząt łownych 31 gatunków. Zatem kto selekcjonuje pozostałe tysiące gatunków owadów, ptaków, płazów, gadów, małych ssaków, nawet drapieżników takich jak wilk czy ryś? Ok, częściowo robi to sama natura, i zwierzęta są piękne , dorodne, od tysięcy lat. Były nawet dorodniejsze zanim myśliwi zajęli się owym selekcjonowaniem , bo odyńce o wadze powyżej 300kg nie były niczym niezwykłym, a dziś gdzie takiego spotkać? Tak samo Jelenie dwudziestaki i powyżej.  Sami myśliwi narzekają, że dziś już bardzo ciężko ”pozyskać” takie sztuki, a waga pozyskiwanych Jeleni zmniejszyła się na przestrzeni lat . Oto do czego przyczyniła się owa selekcja, zabijano najdorodniejsze sztuki dla trofeów,tym samym rozmnażały się te bardziej cherlawe i przekazywały cechy dalej. Oczywiście każdy młody Jeleń ma szansę stać się ”bykiem kapitalnym” jeśli pozwolić mu żyć. No dobrze, a ludzie, kto nas selekcjonuje? Dlaczego jakoś nie degenerujemy się pomimo rozmnażania na potęgę? Odezwijcie się do mnie gdy któryś myśliwy wam to sensownie wyjaśni.

Ochrona własnego dobytku i wiejskie życie – wspomnień czar.
Często panowie próbują nas przekonać jakim to szkodnikiem jest lis, bo zagryzł komuś kury. Ludzi tych cechuje skrajny pragmatyzm, wszelkie rozwiązania jakie widzą, to siłowe, za pomocą strzelby i śmierci. I u nas chwycił nie raz. I pomimo, że znam dokładnie lokalizację ich kryjówek jest to wielopokoleniowy system nor, istniejący z 50 lat, nigdy do głowy mi nie przyszło mieć do niego jakiekolwiek pretensje ani chodzić go prześladować.  Mieliśmy o tyle łatwiej, że gospodarskie psy zawsze reagowały w porę. Obecnie kury wypuszczane są do ogrodzonego sadu gdzie nic, poza jastrzębiem im nie grozi. Gryzonie typu myszy, szczury wyłapywały u nas… psy. Nikt ich tego nie uczył, same chodziły do stodoły czy magazynu ze zbożem, chyba z nudów. Inny pies potrafił upilnować kur przed jastrzębie, kiedy ten krążył w powietrzu, pies biegał po podwórku patrząc w górę, a gdy ptak zniżał lot zaczynało się szczekanie i uniemożliwienie polowania. Za jakiś czas jastrząb zmienił taktykę, czatował na drzewie, a następnie lecąc nisko przy ziemi próbował w ten sposób coś pochwycić.  Jeszcze wcześniej gdy mieliśmy perlice, samiec lubił frunąć i siadywać na stodole. Stamtąd monitorował okolicę a gdy coś się zbliżało reagował ”perliczeniem”. Na co reagowały zarówno kury jak i kaczki.  Takie tam ciekawostki.
Cyrk
Większość niefrasobliwie bierze udział w tych spektaklach nie zdając sobie sprawy w jakich warunkach przebywają zwierzęta. Jak okrutnie są tresowane, by podczas występu perfekcyjnie odegrały swoją rolę. Na youtube’ie jest mnóstwo filmów, jak „wdzięczne i kochające opiekunów” lwy, tygrysy, słonie, buntowały się zabijając treserów. O takich przypadkach oficjalnie znikąd się nie dowiecie. Cyrk tak, zwierzęta w nim, nie. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj:

http://animalus.blog.pl/2016/01/14/tresura-w-cyrkach/

Szczyt łańcucha pokarmowego
Osoby polujące i jedzące mięso uważają, że to człowiek jest panem i władcą świata, znajduje się na szczycie łańcucha pokarmowego i nic nie może mu zagrozić. Pomijając, że jesteśmy zupełnie bezbronni wobec dzikich zwierząt, nawet jadowitych pająków i węży, to jeśli już uczciwie przyznać na szczycie tegoż łańcucha znajdują się… wirusy i bakterie. Taki człowiek pan i władca, a jednak w pewnych przypadkach nie poradzi sobie z formą życia o rozmiarze miliardowych części milimetra. Te same wirusy w postaci przetrwalnikowej są w stanie przetrwać i wypalanie palnikiem i wszystkie detergenty, promieniowanie UV, jądrowe, temperatury ujemne, ba niektóre formy ziemskiego życia, są nawet w stanie przetrwać w przestrzeni kosmicznej. Gdzie nam do władzy i panowania, najwyżej kury szczać prowadzać.

Czy coś pominąłem? Za pewne sporo, choćby i udział dzieci w polowaniach . Kończę zatem na dziś moje rozważania i dziękuję tym którzy cierpliwie przeczytali. Zachęcam też do przeczytania pozostałych części, dostępne tutaj:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/lowiectwo-i-myslistwo-o-co-tu-chodzi/

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/kilka-slow-o-lowiectwie/

11084299_10200226365019239_20481653252436010_n

 

Łowiectwo i myślistwo – O co tu chodzi?

slupsk_szczecin_01_20155_06

Zajmiemy się tym do czego zostały powołana strona  Nie podaję ręki myśliwym, czyli szkalowaniem PZŁ :).  Ja bym to inaczej określił – Pańswo sami się szkalujecie, my tylko opisujemy rzeczywistość. Zaczął się sezon. Sezon polowań. Dla jednych na dziki, dla innych na myśliwych, by celnie odstrzelić wszystkie propagandowe bzdury, jakimi mamią społeczeństwo od lat. Dla wielu dzików będzie to ostatnia wiosna w młodym życiu , ponieważ ktoś w imię tradycji musi ”pozyskać” dzika, by pochwalić się przed kolegami i mieć co zjeść. Zatem kolejna porcja rozważań na temat łowiectwa i zwierzyny w odpowiedzi na brednie których się ostatnio naczytałem przeglądając fora „braci” łowczych .

Na czym polega łowiectwo?
Najczęstszym argumentem wysuwanym przez myśliwych jest to, że my szaraczkowie nie mamy pojęcia co to jest gospodarka łowiecka, dlatego to nie powinniśmy się wypowiadać. Postaram się zatem przybliżyć Państwu  z opisu jak wygląda ta gospodarka trzebienie zwierzyny.

Proszę zwrócić uwagę jakiego słownictwa używa myśliwy mówiąc o tym. Dla niego nie mówi się „zabić”, tylko „pozyskać”. Co znaczy „pozyskać”? Znaczy właśnie zabić, pytanie dlaczego? Bo jest za dużo (będzie o tym poniżej). Bo nie ma drapieżników (też będzie poniżej). Bo… się na tym zarabia. Łowiectwo i leśnictwo w ujętym prawie traktowane jest pośrednio jako gałąź gospodarki, a zwierzęta zamieszkujące las czy pole postrzegane tak samo jak wszelkie inne zwierzęta hodowane w celach konsumpcyjnych. Tutaj myśliwego nie interesuje czy dane zwierzę jest pożyteczne czy nie, istotne jest „Co ja z tego mam”. A można mieć to i owo. Dziczyznę oddają do skupu wprawdzie za to płacąc, ale potem sprzedać drożej wyrobów z niej, nikt nie kontroluje, ani nie zabrania. Poroże czy szable dzicze, inne „trofea” można sprzedać.  Ma się też „zdrowe” mięso na własny stół, co myśliwi cenią sobie w tym hobby najbardziej.  Ale obszarów gdzie zwierzyna może swobodnie bytować jest coraz mniej, a myśliwych chcących „kultywować tradycję” jest coraz więcej. Trzeba więc  dokarmiać ile się da, by sztucznie utrzymywać w ekosystemie nadmiar zwierzyny płowej i czarnej, by starczyło dla swoich to po pierwsze, musi jeszcze starczyć dla armii dewizowców, którzy traktują nasz kraj jak dzikie safari i polują tu na zwierzęta które w ich krajach objęte są zakazem polowań (ludzie bardziej myślący), a u nas jeszcze wolno. Następnie wmawia się społeczeństwu, które łatwo to łyka, że zwierząt jest za dużo i robią szkody. I pomijając wszelkie aspekty moralno etyczne – bo uznawanie pojęcia gospodarowania czyimś życiem czy populacją kojarzy mi się tylko z nazistami i Auschwitz. Jest to biznes poniekąd dochodowy, bo zarabia się więcej  niż wypłaca z odszkodowań. Oczywiście myśliwy będzie psioczył że cały ekwipunek musi kompletować za własny grosz i to jest prawda. Natomiast całe to „gospodarowanie” przez twierdzących, że inni nie mają pojęcia odbija nam się wszystkim niezdrową czkawką – tak gospodarowali, że wybili prawie do cna duże drapieżniki, zające, kuropatwy. Oczywiście nie wykluczam czynników cywilizacyjnych, budownictwo i zanieczyszczenia, jednak myślistwo ma tu spory niechlubny udział. Ale co my tam wiemy o gospodarowaniu. Celowo pomijam aspekty / walory estetyczne obcowania z przyrodą, które łączą się z myślistwem, a u myśliwych uważam są poważnie zaburzone. Najpierw zachwycać się pięknem, by potem je niszczyć. A sporo myśliwych uważa, że bez strzelby do lasu nie ma po co chodzić. Dotknęliśmy zatem istoty – ta sławna, tajemnicza gospodarka łowiecka o której nie mamy pojęcia to nic innego jak pozyskanie „eko” mięsiwa na własny stół , ewentualnie zarobek na nim. Kiedy mamy to już na świeczniku, wyskakuje myśliwy z drugim „koronnym” argumenrem czyli:

zabijanie-ofiary

No, ale myśliwy dba o równowagę w przyrodzie…
Urocze bądz tragiczne jest to, że oni sami w to wierzą.  Wierzą czy nie, tak samo jest to pusty slogan który udało im się wmówić w społeczeństwo, na przestrzeni ostatnich 100 lat. Dbają, oj dbają… Przykładów jest pełno.  Choćby wybijanie przez ostatnie dziesięciolecia kuropatw, zajęcy, bażantów, królików, lisówczyli jednocześnie łowców i ofiar. Ofiar na własny stół, a drapieżników, no, po co ? Ano skoro wybiło się ofiary i naruszyło równowagę w przyrodzie, trzeba i pojechać po drapieżnikach tak samo, żeby nie było ich za dużo. Rysuje nam się zatem obraz pokrętnej i fałszywej logiki, jaką raczą nas myśliwi gdy chodzi o ich sławne „dbanie o równowagę”. Tak naprawdę, choćby nie wiem jak się spinali, nie są w stanie tego dokonać. Mogą co najwyżej wszystko wybić, co skutecznie robią tylko dlatego, że:
– Hobby, tradycja, lubię strzelać, emocje, myśliwski styl życia, trofeum itd.
Możnaby to zrozumieć gdybyśmy cofnęli się 500 lat wstecz, a zwierzyny było tyle, że każdy, kto by chciał mógłby uprawiać sobie takie „hobby” przez jakiś czas. Natomiast obecnie, takie tłumaczenia biorąc pod  uwagę zmiany środowiskowe i spadek liczebności zwierzyny drobnej zakrawają na absurd. Ktoś ostatnio powiedział mi że: Gdyby nie myśliwi to wszędzie dookoła mielibyście buchtowiska! No doprawdy, jeśli ktoś w to wierzy… To czekam na tą dziczą apokalipsę.

No, ale jedna locha w miocie ma 8 młodych,z tego niech połowa będzie samicami i kolejna w roku ma znowu 8 to da nam w ciągu 2 lat tyle i tyle…
Wyższa matematyka. W takim razie, tą samą regułkę należałoby zastosować wobec drobnych ptaków, zaskrońców, ropuch, owadów, jaszczurek czy czego tam. I co mamy? Ano jedno wielkie nic, w ciągu dziesięcioleci węże, jaszczurki, sikorki, muchy nie opanowały świata, a nasz byt jest w miarę niezagrożony. Dlaczego? Ponieważ przyroda doskonale reguluje się sama na każdym polu, a nasze myślenie ścisłackie i regułki ma głęboko w poważaniu. A za samoregulację odpowiadają nie tylko duże drapieżniki, lecz warunki bytowe, dostępność pokarmu, zmiany środowiskowe i pogoda.

piekno-przyrodyb

Kiedyś człowiek nie myślał o przyrodzie w sposób taki jak teraz, czyli pod kątem gospodarowania, wybijano i strzelano do wszystkiego co przydać się mogło i ciekaw jestem czy zastanawiano się nad swoim postępowaniem. Nikt inny jak osoby z żyłką myśliwską, choć było to dawno temu, ale osoby o tej samej mentalności przyczyniły się do wyginięcia tura, prawie zagłady żubra, oraz drastycznego ograniczenia liczebności wilków, rysi, niedźwiedzi. Nie wykluczam również kłusownictwa, ale samo to świadczy, że myślistwo w XXI wieku nie ma żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla istnienia. Nie wiem jak owo „dbanie o równowagę” odnieść do strzelanych tylko dla trofeów cietrzewi, głuszca, czy dla zjedzenia słonki, która w przyrodzie niczemu nie szkodzi ani nie wadzi. Do dużych kuraków przestano w Polsce strzelać dopiero gdy znalazły się na krawędzi zagłady i zabroniono tego prawnie. Gdyby nie to, kto wie… Dziś jeżdżą na Białoruś, by tam jeszcze zdobyć takie trofeum skoro u nas już nie można. Czy myśliwi, którzy tak bardzo śmieją się z komentujących, nie mających pojęcia o przyrodzie „mieszczuchów” nie wiedzieli jak trudne jest życie leśnego kuraka, który  ma masę wrogów naturalnych ? Czy nie zauważyli jak bardzo spada jego liczebność wtedy? Świadomość ekologiczna tych panów stoi pod mocnym znakiem zapytania o czym świadczy ich codzienne postępowanie i dlatego w cokolwiek na jakimkolwiek forum Wam napiszą, nie wierzcie w to że im zależy na ochronie przyrody. To nonsens, czysty jak czysta, którą zalewają się w wynajętych domkach po udanym polowaniu. A jeszcze zaprasza się ich do szkół, by opowiadali o zwierzu dzieciom… Oczywiście ma to na celu urabianie najmłodszych, po to, by kolejne pokolenie wierzyło w „koronne” i konieczność istnienia myślistwa. Natomiast wiedza przyrodnicza przeciętnego myśliwego ogranicza się tylko do kilku rzeczy:
– Jak zwierzę zwabić (stąd bardzo popularne wśród nich tzw. wabikarstwo, rozmaite do tego gadżety i metody)
– Jakim nabojem zabić
– Kiedy są okresy łowne i ochronne (Choć nie wszystkich to interesuje. Czasami w tym okresie wypadają święta, a mięsko wypada, by na stole było)
I to by było na tyle z ich wiedzy.

Myśliwy boi się zwierzęcia
Dla mnie to oczywiste – ktoś, kto siedząc wysoko w bezpiecznej ambonie w ten sposób zabija, z nowoczesnej broni, no to co… Często poluje się z psem. Po co pies? Tak się mówi, że pomaga, wskazuje ,tropi itd. ale jest jeszcze jeden aspekt – dodaje otuchy. Na przestrzeni wieków las żywił, bronił, dawał pożywienie i schronienie, budulec, ale też karał; można było stracić życie topiąc się na bagnach, zwierząt było dużo więcej, a znajomość ich mniejsza, drapieżniki potrafiły zabić człowieka. Człowiek więc bał się lasu – bał się tego czego nie rozumiał, więc wymyślał coraz nowsze techniki prześladowania zwierząt, a wiara w rozmaite zabobony, duchy była powszechna. Pies jest natomiast przedłużeniem oczu i uszu człowieka, pierwszy reaguje i usłyszy gdy coś jest „nie tak”, po jego szczekaniu można odróżnić czy goni akurat sarnę, oszczekuje dzika w miejscu, bażanta na drzewie, goni za zającem albo napotkał innego człowieka. Wszystko to jest do odróżnienia w tonie głosu psa, co z czasem przekłada się na zwiększone poczucie bezpieczeństwa – ufam psu i tam gdzie moje zmysły nie docierają, tam on czuwa. Strach ten do dziś tkwi głęboko w sercu każdej osoby która obierze sobie łowiectwo jako życiowe „hobby”. Od kiedy człowiek zaczął mieć przewagę nad zwierzęciem, cały czas starał się ją zwiększyć.  Dlatego to polowało się z chmarą psów, które osaczały zwierzę, a myśliwy bezpiecznie mógł je dostrzelić. Grupowe polowania konne także – pościg za jednym zwierzęciem, aż wyczerpane zostanie gdzieś zagonione lub raz trafione straci chyżość i przewagę w ucieczce. Dzisiaj dostępne są noktowizory, samochody terenowe, reflektory, broń, a jeszcze wabiki i nęcenie. Dzisiejszy myśliwy może się tylko wstydzić za swoją profesję, ponieważ zwierzę jest praktycznie bez szans, nawet nie obrony tylko samej ucieczki czy przewidzenia niebezpieczeństwa. Ale co ich to obchodzi, oni muszą wyrobić limit odstrzału, podobnie jak policja w mandatach i jeszcze zdaje im się, że w ten sposób dbają o przyrodę. Chciałbym widzieć dziś myśliwego, który uzbrojony tylko w ubranie, jak ja zaczai się przy dziczej ścieżce w trzcinowisku, by je obserwować. Odpowiadając na pytanie postawione na początku – to oczywiste – gdyby się nie bał i chciał dowieść faktycznie swojej męskości, to zapolowałby na tego niedzwiedzia w Rosji z gołą klatą i nożem – i tyle byśmy go widzieli.

ambona9

Łowiectwo wczoraj i dziś.
Te dawniejsze „wczoraj” to czasy, gdy człowiek ostro musiał rywalizować z naturą i zwierzętami o własne przetrwanie – polowało się po prostu, by przeżyć i bynajmniej nie chodziło o trofeum czy satysfakcję, a wszelkie dary jakimi zwierzyna dla człowieka dysponowała, czyli mięso dla jedzenia, skóry dla okrycia, a żadna część zwierzęcia nie marnowała się. Przykładowo u plemion indiańskich – ze skór bizona robiło się pokrycie namiotu mieszkalnego tzw. tepee lub wigwamu. Tej samej skóry używano do przykrycia się, z jeleniej robiono natomiast ubrania i buty, kołczany, inne drobne przedmioty. Drobne ostrzone kości służyły kobietom za igły do szycia, a jako nici wykorzystywano ścięgna zwierząt lub suszone cienkie jelita. Tymi samymi jelitami uszczelniano czasami łodzie zwane canoe. U plemion eskimoskich gdzie polowanie i zabijanie jest
konieczne do egzystencji modna jest potrawa taka – zupa z kości i kopyt reniferów. Używa się do niej nawet kości którymi wcześniej bawiły się psy. Nic nie może się zmarnować. Ówczesny myśliwy po udanym polowaniu wykonywał kilka rzeczy, np. Indianin odprawiał krótką modlitwę w której dziękował zwierzęciu, że pozwoliło mu się zabić i dało swe ciało na użytek oraz Wielkiemu Duchowi Manitou, że pozwolił upolować. Czasami okadzano zwłoki, a po zbiorowych polowaniach i uczcie cała wioska dziękowała zwierzętom podczas ceremonii, którą odprawiał szaman za udane łowy i że nie muszą głodować. Dodam też, że i większości  Indian rośliny uprawne nie były znane, gdyby nie to, kto wie czy nie wybrali, by oni tej łatwiejszej ścieżki egzystencji. Pytanie który myśliwy wie o tym dzisiaj lub czy my potrzebujemy robić takie rzeczy, by przetrwać? Wiemy dobrze że nie, a spacerowicze nie raz natykają się na całe tusze jelenie pozostawione w lesie z odciętą  tylko głową, bo trofeum.  Dlaczego łatwiejszej ścieżki egzystencji – dziś zmienił się też sposób polowań. Dawniej myśliwy idąc na zwierza mógł zginąć, a szedł często z nagim torsem, uzbrojony tylko w łuk, maczugę, kościany nóż czy dzidę.  Zdarzali się śmiałkowie którzy z takim uzbrojeniem pokonali niedzwiedzia grizzly, pumę czy jaguara. Czasem ginęli. I dla takiego myśliwego ja mogę mieć szacunek i uznanie, podziw, którym cieszyli się oni wtedy tak samo, a ich czyny były opiewane ustnie w kolejnych pokoleniach. Przy takiej sytuacji myśliwy często zdobywał imię na całe życie związane z tym czynem. Walka z niedźwiedziem wręcz. Który myśliwy odważy się dziś na coś takiego? Żaden, jadą natomiast na „safari” do Rosji, by celnym strzałem powalić niedzwiedzia ze specjalnego pocisku i precyzyjnej broni. Potem zrobić fotkę z zabitym ciałem i wstawić na forum, by pochwalić się przed kolegami. Przekaz jaki niesie taki czyn między samcami: „patrzcie, mam trofeum z niedźwiedzia, jestem lepszym i bardziej dzielnym myśliwym niż wy, po za tym stać mnie na  taki wyjazd, więc lepiej sobie radzę w życiu”. Na głos oczywiście nikt tego nie powie. I takie zachowanie ma dziś dowodzić męskości? Strzał z precyzyjnej przeznaczonej do tego broni do zwabionego zwierzęcia? Dla mnie i dla każdego normalnego człowieka, dowodzi to czegoś zupełnie przeciwnego…

Kiedyś myśliwy podczas obchodu robił pieszo nawet 30 km, podczas „patrolu” swojego łowiska. Bywało, że nocował w lesie i wracał po kliku dniach. Uzbrojony tylko w strzelbę, czasem z psem. Dziś natomiast ładują najnowszy sprzęt na terenówkę i objeżdżają w ciągu nocy kilkanaście „nęcisk” , bywa że w ogóle nie opuszczają samochodu strzelając z auta. Bywa, widziałem, że jadą po polu za uciekającymi dzikami strzelając do nich lub świecą reflektorami szperaczami, by oślepić zwierzynę. Tyle z porównań.

1b-589x490

Zwierzyna robi szkody!
Ostatnio po forach myśliwskich krąży takie zdjęcie – jeleń zaplątany porożem w siatkę który tak się zamotał, że padł. Ten incydentalny przypadek służy już sztandarowo, by pokazywać że grodzenie pól jest idiotyzmem. Wszystko jednak ma drugie dno – ogrodzone pole to dla myśliwego tzw. martwe łowisko. Nie można już wtedy sobie chodzić gdzie się podoba, ani jeździć terenówką za zwierzyną. A zwierzyna nie wychodziłaby na pole i nie robiłaby szkód – zatem nie byłoby argumentu, że trzeba strzelać. Druga istota gospodarki łowieckiej – koło musi wypłacać rolnikowi za szkody spowodowane przez zwierzynę płową i czarną. Rolnik oczywiście woli zgłosić szkodę i coś tam zgarnąć, takie to już w Polsce przyzwyczajenie, by od państwa brać. Skąd natomiast koło bierze pieniądze na odszkodowania? Ano z obrotu handlem dziczyzną, handlu trofeami, składek członków oraz wpłatami od dewizowców. Zamknięty czarci krąg, który niesłychanie trudno przerwać. Czy rolnicy mają rację biadoląc na szkody wyrządzane przez zwierzęta? Uczciwie patrząc – nie, jest to ich  teren prywatny i powinni zadbać o jego zabezpieczenie. Wiem, że rolnictwo w naszym kraju łatwo nie ma, ale to tak jakby ktoś otworzył sklep / działalność, zostawił go na noc otwarty i miał pretensje, że go złodzieje okradli i żądał odszkodowań. Tak jakbym ja nie zamknął furtki i miał pretensje, że dzik wszedł i wyjadł mi ziemniaki. Dlatego rozsądni ludzie montują w sklepach alarmy, zamykają kraty i zabezpieczają swój majątek. Rolników jednak traktuje się nie wiadomo dlaczego inaczej.

Kolejna sprawa – ogrodzić nie trzeba całości. By zwierzyna nie robiła szkód wystarczy chociażby zostawić im nie ogrodzony  kawałek pola obsiany kukurydzą, którego nie trzeba by było nawet kosić, co najwyżej zaorać i obsiać ponownie co 3 lata. W mojej okolicy są takie zaniedbane miejsca i zwierzyna żeruje tam sobie już trzeci rok, co pokazuje jak nie wiele im do życia potrzeba. Nawet na nieskoszonym czy poźniej zaoranym kukurydzisku znajdują pokarm bażanty, gęsi , dziki, sarny,  byle nikt im nie przeszkadzał. Ale jak wyżej-chodzi o „pozyskanie dziczyzny”.  W sadzie który mam, sporo jest odpadu z owoców. Drzewa są już stare i nie wszystko jest zbierane. Sąd jest nie ogrodzony, natomiast ogród warzywny obok już tak. Jako że całość znajduje się wśród pól, zahaczają o nasz sad także dziki. Traktują to chyba jako urozmaicenie od kukurydzy, wyjadają opadłe jabłka i mirabelki. Szkód nie robią, drzewa są duże, a ziemia twarda więc nawet jej nie buchtują zadowalając się tylko owocami.

Nęcenie
Pisałem już o tym w innych tekstach, natomiast sprawa wygląda tak – są miejsca, parki narodowe, gdzie nie wolno ingerować, niepokoić, strzelać do zwierząt. Oczywiście myśliwym to nie w smak, budują więc ambony na granicy takich obszarów i wysypują przyczepki marchwi, buraków, ziemniaków zależnie jaką zwierzynę chcą zwabić. Zwierzęta niestety nie czytają i nie znają prawa łowieckiego, nie odróżniają nęciska od paśnika więc się nabierają. W praktyce wygląda to tak, że jeleń może przebywać na obszarze chronionym, natomiast jeśli da się zwabić i wyjdzie kilka metrów do „nęciska” już pada od kuli „prawdziwego mężczyzny”, który wysoko, z bezpiecznej budki z kilkunastu metrów posłał posilającemu się zwierzęciu kulę. Zaprawdę prawdziwe to bohaterstwo i świadczy na pewno o miłości do zwierząt oraz pragnieniu ochrony przyrody.

Polowanie z łukiem
Lobby myśliwskie stara się przeforsować polowanie z nowoczesnymi łukami, bo taki to powrót do korzeni, reklamowane jako „łowiectwo ekologiczne”. Ciche dla środowiska.  Tym bardziej niebezpieczne. Proszę sobie wyobrazić – obecnie mieszkańcy nie są informowani, gdzie odbywa się polowanie. Wiadomo, słyszymy strzały, huczy, omijamy miejsce. A z łukiem? Będąc na spacerze można będzie cichaczem „niechcący” oberwać strzałą. Nagminne są przypadki, że myśliwi strzelają do nierozpoznanego celu, chociaż im tego nie wolno. Bo jak rozróżnić w mroku, gdy coś szura w krzakach czy porusza się, nie wydając dźwięku czy to człowiek, dzik (nie zawsze się odezwie) czy jeleń bądź jeszcze coś innego. Taką wiedzę wyrabia się i nabywa latami, setkami nocy spędzonymi w terenie, w zasiadce na ambonie, na drzewie, czy tzw. „leżałce” umieszczonej nisko w krzakach. Każde drobne zwierzę, lis, królik, kuna, bóbr dokłada swoje dźwięki, szelesty i skrobania, co dodatkowo utrudnia rozpoznanie. Ja taką wiedzę posiadam, czy natomiast dzisiejsi myśliwi nie ruszający się do lasu bez tony wyposażenia – wątpię. Kolejna sprawa – polowanie z łukiem oznacza jeszcze więcej nietrafnych postrzałów, cierpiących zwierząt. Bo takie zwierzę trzeba raz, że blisko podejść, dwa, puszczona strzała wystarczy, że wiatr dmuchnie i już zbacza z toru, zwierzę się przesunie o 2 cm i już nie trafia w serce. W Internecie pełno zdjęć saren ze strzałą w żuchwie czy pysku które stoją oszołomione. Kula powoduje rozerwanie narządów wewnętrznych i wykrwawienie się. Z niecelnie umieszczoną strzałą zwierzę natomiast może spokojnie uciec zanim dostanie następną, by przeżyć tygodnie w cierpieniu od jątrzącej się rany. A wyleczyć się nie ma szans. Łuk wymaga cierpliwości i precyzji. Aby osiągnąć perfekcję, samurajowie wybierali  kyūjutsu (szkołę łuku)  już w dzieciństwie. Nie jest się w stanie tego nadrobić na strzelnicy, a i nie ma w Polsce nauczycieli którzy poprowadzili, by ucznia do takiej perfekcji, by jego strzała zabijała niezawodnie i celnie. W wykonaniu naszych myśliwych będzie to pseudoamatorska jatka podyktowana zachcianką, na której ucierpią zwierzęta, nie tylko dzikie. Ćwiczy się na nieruchomej strzelnicy a zwierzęta zazwyczaj są w ruchu.  Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie pewnego dyrektora warszawskiego zoo „miłośnika” zwierząt, który takie coś swoją osobą promuje. Tak Panie Kruszewicz, bo o Panu mowa, książki o ptakach więcej już żadnej Pana autorstwa nie kupię, prędzej napiszę sobie sam.

11128155_798936806842049_4654653517071776370_n

Długość życia „zwierzyny łownej” w naturze, rozród i zaburzenia. 
Ostatnio widziałem na forach myśliwskich pokazują sobie zdjęcia ubitych dzików z Czech o większej wadze i wielkości, biadoląc, że u nas bardzo trudno już takie sztuki pozyskać. Ano trudno – jeżeli panowie wybijają nawet warchlaki i przelatki. Teraz quiz, ile może żyć dzik w naturze? Odpowiedź – ponad 30 to zanotowane przypadki, a ile tak naprawdę nie wiadomo. A ile żyje w Polsce, obecnie? Uwaga – max. 5 lat .Tylko z powodu odstrzałów. Macie więc panowie odpowiedź, dlaczego u nas takich sztuk nie ma, bo trudno by dzik w ciągu tych pięciu lat osiągnął maksymalną wielkość i wagę ponad 300kg. Tak, zdarzały się takie sztuki. 5 lat to w dziczym życiu tak jak wejście w wiek nastoletni, miałyby przed sobą jeszcze ponad 25… ehh. Co ma piernik do wiatraka? Wykazano już niejednokrotnie, że wielkie dokarmianie zaburzyło cykl rozrodczy dzików i spowodowało wzrost populacji, obecnie o każdej porze roku locha może być prośna. Jak się to ma do całości… Jeszcze przykład z własnej kieszeni. Swego czasu obserwując w marcu, siedząc na niskiej wierzbie przechodziła koło mnie loszka z młodymi. Nic by nie było dziwnego, gdyby nie to, że była ona maleńka, tak mała że przez pewien czas myślałem jakoby była to świnka wietnamska. I prowadziła za sobą 8 mikropasiaków.  Było to 4 lata temu, znając życie już nie istnieją. Ale do sedna – badania niemieckich naukowców wykazały związek pomiędzy poczuciem zagrożenia, a wzrostem płodości u dzików. Dzik jest strzelany i prześladowany, co powoduje u coraz młodszych osobników gotowość i chęć do rozrodu, poczucie zagrożenia, stres – gatunek musi przetrwać. W Europie po II wojnie zanotowano w większości krajów wyż demograficzny i wzrost liczby urodzeń u ludzi. Jeszcze 30, 40 czy 50 lat temu życie w dziczej watasze wyglądało tak – prośne były tylko najbardziej dorodne i dojrzałe lochy, pomniejsze czy zbyt stare pełniły rolę tzw. ciotek i nie mając potomstwa pomagały w wychowie warchlaków. Średnia długość życia była znacznie dłuższa, więc mogły sobie na to pozwolić. Poza tym odyniec wybierał do rozrodu tylko także najbardziej rokujące lochy, a mając lata na nabranie masy i siły gromił pomniejsze samce nie dopuszczając ich do rozrodu. Dziś dzicze życie zostało wywrócone do góry nogami, stąd rozmaite anomalia.

dzik6

A inne zwierzęta ? Np. jeleń- każdy myśliwy wie, że najlepszy rozwój poroża występuje przez pierwsze 6 lat życia, po 10 roku następuje spadek. Taki „spadkowy” jeleń nie przedstawia dla myśliwego żadnej wartości, poroże zaczyna wykazywać cechy wsteczniactwa i nienaturalnych odnóg, co oczywiście jest naturalne u większości jeleni, ale myśliwi jako miłośnicy pięknych trofeów i równo wykształconych tyk wiszących na ścianie ,wmawiają nam, że jeleń przekazuje takie cechy dalej. Prawdą jest że z wiekiem „nienaturalne” odnogi mogą się pojawić u każdego jelenia – jednak zaburza to u myśliwych „poczucie estetyki” i takie jelenie nie mają prawa do życia według nich. Dlatego są zabijane w ciągu 5-6 lat swojego życia, choć mogą dożyć – uwaga, ponad 20… czy to normalne i czy powinniśmy dziś na to pozwalać? A zabijane są w trakcie rykowiska, czyli ich sezonu rozrodczego, tylko dla trofeum. Nie dla mięsa, które jest przesiąknięte wtedy hormonami – zapachem piżma, posiada wątpliwe walory smakowe. Panowie dobrali się do naszego narodowego dziedzictwa, jakimi są lasy i zamieszkująca je zwierzyna i uważają za swój prywatny folwark. A może ja chciałbym mieć możliwość zobaczyć sędziwego 15-letniego jelenia? Odpowiedzą: Taki jeleń to wsteczniak, ciężko mu się by było poruszać przez gąszcze z takimi nienaturalnymi odnogami w porożu… Akurat uwierzę, że komuś kto zabija tego jelenia dla trofeum, a czasem dla mięsa zależy nagle na jego dobru… Niegdyś większe były gąszcze i jeleniom nic się nie stało, taki byk wie o tym że zahacza i jeśli nie ma potrzeby nie porusza się w terenie gdzie miałby to utrudnione. W dodatku te ponad 160 kg wagi byle gałązka nie zatrzyma.

Długość życia lisa to jak małego psa – niektórzy podają nawet 14 lat. Niestety większość jest zabijanych wtedy, kiedy nie ma jeszcze koniecznego życiowego doświadczenia, by chronić się chociażby przed myśliwymi, czyli giną w ciągu pierwszych 2 lat… bo przecież to szkodniki…

O innych drobnych zwierzętach łownych w zasadzie brak wiarygodnych danych, biorąc pod uwagę zastraszające tempo zmian krajobrazowych i środowiskowych.

jelec584

Zwierząt jest za dużo?
Ktoś kto tak twierdzi; jest albo myśliwym chcącym usprawiedliwić swoją pasję mordowania lub zwyczajnie nie ma pojęcia o świecie na jakim żyje. Wystarczy porozmawiać z naszymi babciami, dziadkami, nawet starymi myśliwymi, by mieć pojęcie, porównanie ile zwierzyny było kiedyś, ile ubijało się na polowaniu, a ile teraz. Przykładowo niegdyś 100 zajęcy w pokocie nie było niczym niezwykłym, natomiast pamiętam jak około 6 lat temu lokalne koło łowieckie wpadło na pomysł zorganizowania grupowego polowania. Pytali przypadkowych osób jeżdząc po wsiach terenówką, gdzie kto widział jakieś zwierzę, a finalnie przez 2 dni poszukiwań ustrzelili aż jednego zająca na 7 osób… faktycznie można zatem twierdzić że zwierzyny jest za dużo. Teren to mozaika pól, lasów i zadrzewień śródpolnych. Opowiem na innym przykładzie, niegdyś w miejscu gdzie mieszkam , jakieś 18 lat temu wystarczyło wyjść wieczorem przed dom, by zobaczyć królika, zająca czy lisa. Kilkanaście kroków na  pole obok i można już było obserwować sarny czy dziki. Dziś natomiast, aby którekolwiek z tych zwierząt zobaczyć muszę się przemieścić o 3 km, ponieważ wszystko wokół zostało zabudowane. Doprawdy, straszne więc gdy po osiedlu mieszkaniowych, w miejscu którego jeszcze kilka lat temu były pola, przemknie sobie zbłąkany królik czy lis, a ktoś powie, że zwierząt jest za dużo. A gdzie mają się podziać? Kiedy ich tereny gdzie miały jako taki spokój bytowania znikają w zastraszającym tempie. Inny przykład – mamy sad na wsi, bardzo stary sad i na przestrzeni lat zdarzały się pojedyncze zgryzienia młodych krzewów owocowych czy drzewek. Nie były to jakieś olbrzymie szkody, drzewa rosną i owocują do dziś. Natomiast od 15 lat nie miało miejsce zgryzienie żadnego drzewka, a zajęcy których kiedyś wiosną na polach wojowały całe grupki, dziś z trudem można zobaczyć o świcie pojedynczego. Co do lisów, na które myśliwi tak psioczą zawsze będę powtarzał – te setki bażantów które wypuszczacie co roku, żeby do nich postrzelać można, równie dobrze można zostawiać lisom. Ale nie, wasza chęć postrzelania sobie i zabicia jest ważniejsza od naturalnej potrzeby lisa. Bardzo mocno przyczyniliście się do wytępienia zajęcy i kuropatw, na które polował lis, a teraz jeszcze w swoich pierdolamentach próbujecie zrzucić odpowiedzialność na to zwierzę, w dyskusjach, jacy to zatroskani, że lisy wszystko wytłuką, a wy nie zamierzacie na to patrzeć. Powiedziałbym, żałosne widząc zdjęcia z pokotami zajęcy i bażantów, które mogłyby zostać dla lisa pokarmem. Ale dla was bażant w żołądku lisa to przecież strata, mniej jest do strzelenia wtedy dla was i to jest wasze „rozumienie” przyrody.

Więcej przeczytasz w trzeciej części:
https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/myslistwo-i-mity-lowieckie/

10575390_729992640409228_561019606381531308_o

Zwierzyna potrafi zjeść cały las…
Czasem mam wrażenie, że myśliwi w to właśnie wierzą. Oczywiście na przestrzeni milionów lat nigdy coś takiego nie nastąpiło, choć jeleni, dzików, saren było o nieba więcej. Skąd zatem takie wnioski? W pewnych okresach zwierzyna lubi pojeść sobie kory młodych drzewek. Jest to zupełnie normalne i naturalne, potrzebuje tego ze względu za składniki mikro- i makro-elementowe jakie się w korze znajdują, a jakich nie ma w normalnej karmie. Zgryzienia mają miejsce zimą, wtedy kiedy o pokarm trudno, i zwierzątka nie rozróżniają samosiewek od pieczołowicie posadzonych przez leśniczych w nie ogrodzonych szkółkach. Są w lesie, u siebie w domu, pewnie więc myślą, że to specjalnie dla nich… I o te szkółki cały raban, bo leśnicy także „gospodarują” lasem, chodzi o produkcję drewna. Natomiast jeśli chodzi o owe zjedzenie lasu to… puknijmy się w czoło, a będzie wesoło. Las jest ekosystemem wysoce ekspansywnym, gdyby nie było nas krzaczory zarosły, by każdy zdatny do tego teren. Na nieuprawianych polach przy granicy lasów już po około trzech latach pojawiają się samosiewki młodych buków, dębu i sosen. Las więc „idzie” do przodu, wkracza na nowy teren i gdyby mu pozwolić w ciągu paruset lat zarośnie sporo. W innych miejscach gdzie za mojej pamięci były łyse polanki, są już spore sosenki a pod nimi roje maślaków w sezonie. Nikt ich nie sadził, wyrosły same. Dlatego oskarżanie zwierząt o wyjadanie lasu, to po pierwsze mit. O szkody – zwykłe chamstwo nie na miejscu, ponieważ są u siebie i mogą robić co chcą i należy im się to jak psu buda. A jedyne czemu szkodzą to „gospodarka leśna”. Czyli temu, że ktoś nie zarobi za jakiś czas na drewnie. Raczej nie mają pojęcia, że lasy nazwaliśmy sobie gospodarczymi, i postanowiliśmy hodować sobie w nich deski.

1384006_343690685777262_1480435600_n

Czarna strona hobby
Podczas tak zwanych konkursów norowania, które odbywają się w zamkniętym gronie myśliwych dochodzi do takich scen – żywe lisy są trzymane w sztucznych norach, gdzie wpuszcza się psy, by oceniać ich tzw. pracę podczas norowania. Niektóre konkursy bywają otwarte dla publiczności. Zwierzęta zazwyczaj są oddzielone siatką , zdarza się jednak, że lisy czy koty (bo też są używane) padają na zawał ze strachu – nie mogą w norze uciec ani schronić się. Co się dzieje ze zwierzakami już po konkursie? Lisa przecież nie wypuszczą, bo szkodnik; kot, też szkodnik… Daje się więc lisowi do zagryzienia gałąź, przerażony zaciska na niej zęby i podstawia psa, by przegryzł mu gardło bądz zadusił. Nazywa się to „wyrabianiem” łowności u psa. Inna sprawa – często bywa tak, że myśliwi zgłaszają się po małe kotki do adopcji w okolicy, bywa,  że adoptują bądź skupują wszystkie. Po co ? A no po to, by „wyrabiać  łowność” u swoich psów, czyli przeznaczone są do zagryzienia w sztucznych norach. Kot walczy i broni się przednimi łapami, więc aby do tego nie dopuścić kotu łamie się przednie łapki, by nie mógł się bronić. Wiadomo, że nie każdy to robi , ale większość chce mieć „dobrze pracujące” psy, dlatego wszelkim sposobami starają się wyszkolić je na krwawych zabójców.

Kolejna rzecz – postrzelenie zwierzyny. Mitem jest, że zwierzę ginie od jednego strzału, bardzo często ucieka ono spory kawałek w las, gdzie jest żywe szarpane przez psy zanim myśliwy za nimi zdąży i dobije. Ktoś powie, to normalne? Przepraszam, ale nie dla mnie. Na youtube’ie jest masa filmów gdzie pokazane jest jak myśliwy szczuje psami dzika, nagrywają z uśmiechem na twarzy ciesząc się z tego co robi pies i szczując go jeszcze. A, że przerażone zwierzę cierpi? Co to obchodzi zwyrodnialca – bo tak trzeba nazwać osobę którą takie coś cieszy, ważne, że on ma radochę i emocje z polowania. Postrzelone ptaki to osobna „para kaloszy”. Śrut ma duży rozrzut, więc ranione tylko odlatują dalej, następnie spadają gdzie, albo znajdzie je pies albo konają od ran. Jak znajdzie pies to żywego przynosi panu, a „pan” skręca łepek lub trzaska o but… wiadomo, etyka łowiecka i szacunek dla upolowanej zwierzyny, jakkolwiek tych frazesów nie nazwiemy, w kontekście zabijania to absurd.

Więcej na temat postrzałków przeczytasz tutaj:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/06/21/postrzalki-na-polowaniach/

Ostatnia chyba rzecz – cała masa udokumentowanych postrzeleń, zabójstw psów i kotów domowych, tylko dla zabawy,czasami z zemsty lub złośliwości. Przypadki takie zbieramy w dziale na stronie Wypadki/Przestępstwa. Zazwyczaj myśliwy zostaje uniewinniony i nie ponosi żadnej kary, ponieważ sędzia, oskarżyciel czy prokurator też polują.

Nie tylko norowanie… Szkolenia dzikarzy… 
O ile podczas konkursów norowania lisy często są zagryzane dla „wyrabiania pasji i łowności”, tak można stwierdzić że niektóre zwierzęta mają jeszcze gorzej. Żyją już nawet nie po to żeby zostały zabite, a po to by myśliwi mogli szkolić na nich swoje psy. Istnieją w Polsce miejsca gdzie myśliwi, niestety legalnie, przetrzymują dzikie zwierzęta, w tym przypadku dziki, by – jak to nazywają – wyrabiać łowność u swoich psów. Żywe zwierzęta są szczute, gonione, straszone, często ranione i podgryzane, jak zobaczą państwo na filmiku psy są zachęcane do atakowania. Zwierzęta są trzymane w zagrodach, utrzymywane przy życiu i karmione, tylko po to by jeden z drugim „człowiek” (tutaj na usta cisną mi się dużo gorsze słowa) mógł dogadzać swoim chorym dewiacjom, hobby zwanemu myślistwem vel łowiectwem. Pseudomiłośnicy przyrody wszędzie gdzie się nie pojawią gęby mają wypełnione paplaniem o trosce, etyce, miłości do zwierząt, czego my nawiedzone ekooszołomy zrozumieć rzekomo nie możemy. Oni nazywają to rozwijaniem ciętości i pasji u psa… żeby dobrze pracował podczas polowania. Legalne torturowanie zwierzęcia w zamkniętej zagrodzie które nie ma możliwości ucieczki nazwiemy etycznym?

Oczywiście korzystanie z takiej zagrody opieczętowane jest regulaminem, gdzie jeden pies może „pracować” max. 15-20min, a czas szkolenia to maksymalnie 2 godziny w ciągu doby. Często korzystanie z takiej „usługi” jest płatne. Regulamin swoją drogą, jednak jak widać na zdjęciach musi on być często nieprzestrzegany, gdyż na zdjęciach i filmie możemy zobaczyć dwa, a nawet trzy psy! Używa się rozmaitych ras psów – jamniki, teriery, szpice i inne. Dziki jak widać na filmach próbują się bronić,uciekać lub szarżują na psy. Ile jeszcze bezsensownego okrucieństwa spod znaku PZŁ i kapelusza z piórkiem? Natomiast każdy, kto w sposób logiczny uzasadni im sposób funkcjonowania przyrody, prawidła nią rządzące zestawi to z faktami i wykaże bezsens istnienia myślistwa nazwany zostanie nawiedzonym zielonym czy ekoterrorystą.

Więcej o szkoleniach dzikarzy przeczytasz tutaj:

https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2015/10/31/nie-tylko-norowanie-szkolenie-dzikarzy/

dzikarz2

Pies interesuje myśliwego tylko użytkowo, tutaj ciężko mówić o bezinteresownej miłości do zwierzęcia, one mają tylko wykonywać swoją pracę. Psy podczas szkoleń oceniane są według następujących typów psychicznych – pobudliwy, powściągliwy, zrównoważony i zmienny. Według tego dobiera się do czego taki pies się najlepiej nada – czy do tropienia, oszczekiwania, stójkowania na ptactwo, do norowań czy na grubszą zwierzynę. Dość, że myśliwi oddają takie psy na miesięczne szkolenia skazując go na rozłąkę z panem i płacą za to słono. Istnieją specjalne ośrodki zajmujące się szkoleniem psów do polowań. Nie raz napotkać można ogłoszenia o sprzedaży psów czy oddaniu w dobre ręce, bo nie pracowały dostatecznie dobrze by usatysfakcjonować myśliwego. To nie jest normalne podejście do zwierząt… Zwierzę przeciw zwierzęciu. Walka zwierząt, oto co ich podnieca. Nie dajcie sobie wmówić, że nie. Szczuciu zawsze u takiego człowieka towarzyszą pozytywne emocje, radość i satysfakcja, jeżeli pies sobie radzi, adrenalina bo rozjuszony dzik jest niebezpieczny, ale przecież na polowaniu mam strzelbę… Okrucieństwo tych ludzi, którzy tłumaczą się w takich przypadkach misją ochrony przyrody czy tradycją, nie mieści się w rozumowaniu zdrowego człowieka.

dzikarz

Co na to Bóg…
Chyba nic bo ostatnio siedzi cicho, ale ludzie uwielbiają się podpierać pewnymi cytatami z biblii, chodzi o sławne Czyńcie sobie ziemię poddaną. Zwłaszcza w dyskusjach z mięsożercami. Fajnie, że każdy pamięta ten fragment, natomiast dalej całość brzmi tak:

I rzekł Bóg: „Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem.   A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona„. I stało się tak.

Jasno wynika więc co pokarmem dla nas powinno być, czyli owoce i warzywa, zboża i jako małpa człekokształtna do tego rodzaju pokarmu najbardziej jesteśmy przystosowani. I chociaż Biblia nie powinna być traktowana jako jakiś wyznacznik prawdy objawionej do przerzucania się argumentami ,niektórzy mówią jeszcze: No, ale Pan Jezus też jadł ryby przecież! Racja. Ryby jadł, chociaż sam ich nie łowił, a rybactwo było wtedy zajęciem dla utrzymania się i trudnili się tym jego niektórzy uczniowie. To co głosił wtedy Jezus było niezrozumiałe dla tłumów, dla jego uczniów część stała się jasna dopiero po jego śmierci. Nie pozyskałby ich sympatii gdyby na wstępie odmawiał posiłku z ryby. Jezus i pozostali  dwaj „ojcowie duchowni” głównych religii na świecie, Mahomet i Budda nauczali kilku prostych rzeczy i to ich łączy. Nauczali miłości do bliźniego i poszanowania, współczucia, empatii. Żaden z nich nie chciał i nie kazał by na tym czego nauczali budować jakieś wyznania, odprawiać ceremonie, wyrzynać się nawzajem czy ustanawiać jakieś prawa. Niestety, milionowe rzesze wyznawców wolą o tym nie pamiętać. Piszę o tym w kontekście tego, co czasami widzę czyli polujący księża. Według Dekalogu łamią piąte przykazanie które brzmi Nie Zabijaj i nie jest napisane, by odnosić się miało tylko do człowieka. Drugie to wpis z Księgi Rodzaju mówiący o tym co ma być dla nas pokarmem. Łamią więc oba boskie nakazy, ale i tu u księży występuje mechanizm wyparcia i jeden w wywiadzie dla TVNu twierdzi, że on nie zabija tylko gospodaruje łowiskiem… Nie komentujemy.

1234849_593056257455501_1505933380_n

Nadużywają alkoholu
Temat stary, lecz jary, wszak w zamkniętym kółku miłośników polowań, równie starym zwyczajem jak samo łowiectwo są strzemienne oraz popijawy. Przed, w trakcie czy po polowaniu; zależy od osobistych preferencji, zwyczaju i przewodniczącego danego koła. W 20-leciu międzywojennym w Polsce myśliwy czy leśniczy nosił przy sobie piersiówkę z której dowolnie w sytuacjach napięcia czy nadmiaru emocji sobie korzystał. No też tradycja… Temat tym groźniejszy i wart nagłaśniania ponieważ panowie posiadają przy sobie ostrą broń, a prawo w takich przypadkach mówi kto będąc w stanie po spożyciu alkoholu ma broń przy sobie, obligatoryjnie cofa się pozwolenie na posiadanie broni.

Jak powiedział jeden z samych myśliwych, gdyby przepis o tym że, kto będąc w stanie po spożyciu alkoholu ma broń przy sobie, obligatoryjnie cofa się pozwolenie na posiadanie broni miał być respektowany to w ciągu miesiąca zostałoby zdelegalizowanych 90% kół łowieckich w Polsce. Między innymi dlatego że panowie „świetując” upolowaną zdobycz we własnym gronie cały czas mają broń przy sobie, także na drugi dzień zanim promile „wyparują” czyszczą i sprawdzają broń po polowaniu cały czas mając z nią kontakt. A wyjazdy na tzw. safari za granicę gdzie kliku mężczyzn w wynajętym domku w głuszy oddaje się swojemu „hobby”? Kto to skontroluje? Jedno ze zdjęć na Nie podaję ręki myśliwym przedstawia właśnie sytuację z takiego wyjazdu, jednak czy spożycie miało miejsce przed czy po polowaniu tego nikt nie jest w stanie ustalić, ponieważ są to wyjazdy zamknięte organizowane we własnym zakresie. Zakończmy post słowami jednego z myśliwych który odważył się anonimowo na ten temat wypowiedzieć:
Czasami po polowaniu, a bywa że i w trakcie, odbywa się taka popijawa, że aż się boję. Kilkudziesięciu facetów z bronią urządza sobie popijawę, niektórzy coś majstrują przy strzelbach, bawią się nożami, sprawiają zwierzynę, rąbią drewno. To naprawdę cud, że do wypadków dochodzi tak rzadko. Prawdę mówiąc, gdyby policjanci chcieli, to bardzo szybko zlikwidowaliby wiele kół łowieckich. Wystarczy, żeby po polowaniu, najlepiej w mroźny dzień, sprawdzili stan trzeźwości myśliwych, a już mieliby powód, aby większości cofnąć pozwolenie na broń. A myśliwy bez broni to nie myśliwy. Ten zapis ustawy obowiązuje przecież również wtedy, gdy myśliwi wracają z polowania. Wówczas przewożąc broń też powinni być trzeźwi. Jednak nikt tego nie sprawdza.

1404300592_juacnj_600

Święty Hubert zdarzył – Historia patrona prawdziwa
Mawiają tak do siebie myśliwi. W logo Polskiego Związku Łowieckiego widnieje jeleń z krzyżem pośrodku poroża . Nawiązuje to do legendy o myśliwskim patronie świętym Hubercie, która mniej więcej w skrócie brzmi tak; Hubert był myśliwym, polował. Razu pewnego błądząc po kniei, wyszedł na niego dorodny jeleń, w ogromnym wieńcu widniał świetlisty krzyż. Wtedy to Pan miał przemówić do Huberta i nakazać / prosić go, by ten przestał polować i zabijać. Hubert posłuchał, nawrócił się i przestał polować. Od tamtej pory pomagał zwierzętom podobnie jak św Franciszek. Jak określiła w dyskusji moja koleżanka, taki to patron pasuje im do tego łowiectwa, jak pięść do nosa… Myśliwi nie chcą pamiętać o genezie ich patrona, większość z nich za pewne nic o nim nie wie. Od początku ta tradycja opiera się na zakłamaniu.

Hubert

quo vadis homo sapiens?
Celowo z małej litery. A dając taki tytuł myślę o człowieku – co kieruje jego działaniem np. przy rabunkowej wycince lasów deszczowych , chęć zysku za wszelką cenę, bez patrzenia na konsekwencje? Przecież Ziemia to jeden ekosystem – taka niekontrolowana wycinka spowodowała już wyginięcie kilkudziesięciu gatunków, na pewnych obszarach katastrofy naturalne, podtopienia, osunięcia ziemi, bo nie ma już drzew, które korzystały z wody i trzymały grunt korzeniami. A produkcja tlenu? Nazywane są zielonymi płucami naszej planety. Teraz trochę liczb – szacuje się, że lasy deszczowe są domem dla ponad 70% gatunków zwierząt lądowych i części wodnych na ziemi. Obecnie rocznie lasy te pochłaniają 20 % dwutlenku węgla wyprodukowanego przez człowieka, niegdyś ta zdolność wynosiła 80 %. Lasów nie przybywa,wprost przeciwinie. Natomiast przybywa zakładów przemysłowych i ludzi. Czy naprawdę potrzebujemy tego wszystkiego co nam oferują ? Światowe tempo wycinania lasów:
1 hektar na sekundę
860 km2 dziennie
310 tysięcy km2 rocznie ,
Tempo wymierania gatunków w lasach tropikalnych:
35 gatunków dziennie
na całej Ziemi: 137 gatunków dziennie
137 gatunków dziennie.
Czy naprawdę łowiectwo i polowanie są takie niezbędne?
Być może gdyby zapytać ludzi „gospodarujących” tymi lasami tak samo by nam odpowiedzieli, że nie mamy pojęcia o gospodarowaniu tym i mamy się nie wtrącać. Pamiętam oczywiście że to Trzeci Świat i może ludzie ci muszą wykarmić swoje rodziny i nie znają tych danych, co jednak niczego nie tłumaczy. Kiedy się opamiętamy, kiedy nastąpi kolaps w wyniku naszej działalności? To nie stanie się z dnia na dzień, będzie działo się stopniowo. Ale jestem pewien, że nasze prawnuki będą nas przeklinać i naszą głupotę oraz pychę. Ani się obejrzymy normalne będzie wychodzenie z domu w masce przeciwgazowej. Jakie są konsekwencje braku tlenu? Naukowcy biorący udział w ekspedycjach arktycznych, gdzie ilość tlenu jest mocno rozrzedzona, narzekają na bóle głowy, wymioty, krwawienia z nosa, bóle  zatok, trudności w oddychaniu, ogólne złe samopoczucie i inne. Mija ileś miesięcy zanim organizm się przyzwyczai i przestaje tak reagować, tylko jakie ma to konsekwencje na całe życie tego nie wie nikt.

Dalej. Rabunkowe połowy oraz mordy wielorybów i delfinów, bo w Japonii także mają „tradycję”, a „japońska szlachta” musi mieć na talerzu swoje przysmaki. Pewnie gdyby ich o to wszystko zapytać odpowiedzieli, by nam podobnie jak jeden pan który się tu udziela „Oni tylko lubią morszczyznę”, parafrazując naszych którzy odpowiadają, że lubią dziczyznę.  Japończycy na statkach oznakowanych i wpisanych jako ekspedycje przyrodnicze robią w bambuko cały świat, mordując zagrożone wyginięciem wieloryby i delfiny –pod płaszczykiem ochrony przyrody i dla zaspokojenia gustów kulinarnych. Może nie widać podobieństw między zachowaniem ich, a naszych myśliwych? Wszystko z tych samych pobudek – apetyt, zarobek i mydlenie oczu innym gębą wypchaną frazesami o kulturze, tradycji i potrzebie regulacji.

Dialog utrudnia to, co jest w tym wszystkim najtragiczniejsze, bo część myśliwych głęboko wierzy w to co robi, druga część śmieje się do rozpuku z ekologów doskonale wiedząc do czego się przyczynia, trzecia część nie jest w stanie pomyśleć na tyle, by zależności zachodzące w przyrodzie zrozumieć, a przywiązanie do myśliwskiego stylu i sensu życia uniemożliwia krytyczne spojrzenie. Są jednak ludzie którzy się z tego wyłamali, zaczęli myśleć, by z czasem działać po przeciwnej stronie barykady i już samo to powinno dać sympatykom łowiectwa do myślenia. Przykładem niech będzie Pan Zenon Kruczyński,były myśliwy – autor „Farba znaczy Krew„. Nie jest on przykładem tylko tego, że można zmienić zupełnie własne podejście, a pod wpływem przemyśleń dojść do innych wniosków, ale także tego jak ważne są decyzje każdego z nas. Proszę zobaczyć- jeden człowiek, jedna zmiana w myśleniu i podejściu, jedna książka. Efekt? Dziesiątki tysięcy ocalonych zwierząt, których dzikie życie w przyrodzie ma nieocenioną wartość, inspiracja kolejnej nieznanej mi liczby ludzi, by działać, tworzyć organizacje, które z czasem zmienią otaczającą nas rzeczywistość. Przesłanie tej myśli – nie poddawajmy się, tak wiele zależy od każdego z nas.

Trzecia część do przeczytania tutaj, zapraszam.
https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/myslistwo-i-mity-lowieckie/

Oraz pierwsza:
https://niepodajerekimysliwymblog.wordpress.com/2016/04/09/kilka-slow-o-lowiectwie/

13226_537560053050173_4947151306527028422_n